wtorek, 6 listopada 2012

a więc stało sie...

Cezary Gmyz wyrzucony z Rzeczpospolitej. Wyrzucony za tekst o polskich  śledczych, którzy  w Smoleńsku, na szczątkach Tupolewa znaleźli ślady trotylu. Razem z Gmyzem polecieli naczelny  i ludzie zajmujący się w "Rz" sprawami krajowymi. Nie martwię się o Czarka a tym bardziej  o Tomasza Wróblewskiego. To doświadczenie dziennikarze i pewnie znajdą swoje miejsce w jakimś profesjonalnie zarządzanym projekcie. Jednak po ludzku współczuje im . Martwię się natomiast o Rzeczpospolitą. Nie o jej obecny kształt i kierunek w którym dryfuje. Wszystko wskazuje na to, że to początek końca tej gazety. Właściciel  i  Rada Nadzorcza spółki  wydającej dziennik wkroczyli na scenę i  rozpoczęli   widowiskowy, lecz smutny spektakl, którego zakończenie  jest dla mnie oczywiste.

 W tej niewesołej  historii są jednak i zabawne wątki. Choćby  próba  oceny warsztatu dziennikarskiego Czarka i Tomasza Wróblewskiego  przez członków  RN. Znam jedną osobę z tego gremium, to niegdysiejszy dziennikarz Wprost. Pamiętam, że z dużym zaangażowaniem i sukcesami śledził powiązania Aleksandra Kwaśniewskiego z częstochowskim baronem paliwowy, byłym prokuratorem wojskowym. Podczas jednego ze spotkań w krakowskim klubie " Pod gruszką" pokazywał mi nawet interesujace zdjęcia dokumentujące kontakty obu dżentelmenów. Pozostałych członków RN nie znam, domyślam się jednak, że są to niebagatelne postaci życia dziennikarskiego, które  bazując na doświadczeniu, kontaktach i wiedzy wyliczyły Czarkowi  błędy i ustawiły drogowskazy, które w przyszłości nie pozwolą mu ( i innym) zboczyć na manowce dziennikarskiego fachu. Tak musiało być, bo jakże inaczej?

Ale na poważnie. Jeśli właściciel gazety i jego ludzie oczekiwali, że Gmyz przyniesie im na talerzu nazwiska informatorów i nagrane z nimi rozmowy, to byli - w najlepszym przypadku naiwni. Czarek nie mógł tego zrobić. Nie mógł, bo gdyby to zrobił popełniłby niewybaczalny grzech a w zasadzie przestępstwo. Nie wymagam od ludzi kierujących „Rz”  bezgranicznego zaufania do któregokolwiek  ze swoich dziennikarzy. Oczekuję jednak zdrowego rozsądku. Poza tym, właściciel pisma, przed podjęciem decyzji o  publikacji tekstu o trotylu (ale nie o zamachu!) mógł się przecież skonsultować z przynajmniej kilkoma znanymi sobie  osobami, które o lataniu, pilotażu i trotylu wiedzą zdecydowanie więcej niż on.