czwartek, 29 listopada 2012

kolejny film ze Smoleńska


video
 

Publikuję kolejny film z Siewiernego. Umieszczam materiał w tym miejscu, ponieważ, tak jak  poprzednio, zastanawia mnie treść nagrania. 

Według relacji osób od których dostałem materiał, film został nagrany kilka minut po katastrofie. Materiał zastanawia mnie, przede wszystkim ze względu na dziwne zachowanie strażaków, którzy pojawiają się na nagraniu.

Kilka słów wprowadzenia;
 
  Jednostka strażacka usytuowana jest tuż obok lotniska. Od miejsca w którym strażacy znajdują się na filmie do miejsca gdzie  stacjonują dzieli ich może  200 metrów. Lotnisko na co dzień jest praktycznie nieczynne. Bardzo rzadko przyjmuje samoloty. Czasami wojskowe transportowce. Jeszcze rzadziej dochodzi tam do jakiegokolwiek  incydentu, nie wspominając o katastrofie.
 Domyślam się więc, że strażacy stacjonujący przy lotnisku nie często słyszą dźwięk alarmu. No chyba, że wprzęgnięci są w system miejski, ale tego nie wiem. Jedno jest jednak pewne, że  nie co dzień ratują ludzi z katastrofy lotniczej.  

Dalej. Strażacy, którzy 10 kwietnia pełnili służbę przy lotnisku  powinni, bez jakiejkolwiek  zwłoki rzucić się do akcji ratowniczej. Tymczasem na filmie „wieje nudą”. Strażacy nie bardzo wiedzą co mają robić, nie widać w ich działaniu pośpiechu czy nadzwyczajnej mobilizacji właściwej takim zdarzeniom.  Samochody strażackie stoją daleko od miejsca katastrofy. Nie mogły podjechać bliżej? Ugrzęzły w błocie? Nie wydano rozkazu? Ktoś wydał zakaz  zbliżania się do miejsca katastrofy? A może strażacy uznali, że nie ma  kogo i  czego ratować?
 
 Podobnie jak z poprzedniego filmu, który zamieściłem, z nagrania bije dziwny spokój. Przecież kilkadziesiąt metrów dalej rozbił się polski samolot, przecież zginęli ludzie. Prezydent.  Szok? Paraliż? Nie rozumiem tej sytuacji. 

A teraz mała analiza. 

Za każdym razem pisząc na temat związany z katastrofą  przyjmuję założenia, których się trzymam i co do których mam wewnętrzne  przekonanie:  

1.                        Premier polskiego rządu nie  planował katastrofyTu 154.   

2.                        Polski rząd i opinia publiczna są dziś  przedmiotem skomplikowanej  gry zaplanowanej  na bazie wydarzeń z 10 kwietnia 2010 roku a obliczonej na szkodę polskim interesom i wizerunkowi. 

Pierwsze założenie samo w sobie jest z gatunku ciężkich, ale sformułowałem go ponieważ wiele osób sufluje tezę  przeciwną. Drugie natomiast jest oczywiste.


Nie mam zamiaru pisać o przyczynach katastrofy. To bardzo skomplikowana materia i  zadanie na inny czas. Niczego nie wykluczam, ale  wiele rzeczy odrzucam. 

Dlaczego przyjąłem takie założenia? 

Jako dziennikarz analizujący całą sprawę  i posiadający wiele  informacji i materiałów mam przekonanie, że zdarzenia , które zaistniały już po tragedii,  a które mniej lub bardziej są z nią związane obliczone są na rozgrywanie i  szkodzenie polskim interesom. Wymienię kilka. 

1.     Śmierć Remigiusza Musia,  technika pokładowego JAK - a, który lądował w Smoleńsku tuż przez TU 154 101

2.     Śmierć generała S. Petelickiego

3.     Śmierć operatora jednej z polskich telewizji , który zarejestrował materiał tuż przed i po katastrofie.

4.     Śmierć urzędnika MSZ – tu  zeznającego na temat palenia rzeczy należących do ofiar katastrofy w budynku należącym do  MSZ – tu.

5.      Publikacje w Internecie zdjęć zmasakrowanych ofiar katastrofy (w  Rosji i w Polsce przez członków Ruchu Palikota).

6.     Skandal z ekshumacjami ciał ofiar, który jest pokłosiem działań Rosjan w Moskwie.

7.     Nieprawdziwa Informacja o pijanym generale Błasiku wpływającym na decyzje pilotów.

8.     Promowanie fałszywej teorii o błędach polskich pilotów

9.     Promowanie nieprawdziwej wersji o naciskach Lecha Kaczyńskiego na pilotów lotu do Smoleńska a także w innych przypadkach..

10.           Sprawa zwrotu wraku - jej bezczelne rozgrywanie .

11.           Umycie przez Rosjan wraku, odnalezione ślady trotylu.
 

Każda z wymienionych przed chwilą śmierci w jakimś stopniu w wopinii wielu osób obciąża władze, czyli w powszechnym rozumieniu  rząd. Każde, na pozór niezwiązane z tragedia  zdarzenie z tej prowizorycznej listy natychmiast ( w naturalny sposób)zapisywane jest na niekorzyść rządu. Efekt -  coraz głębszy podział społeczny uniemożliwiający jakiekolwiek porozumienie. Coraz ostrzejsze podziały polityczne powodujące radykalizacje postaw. Komu to służy? Tracą rząd i opozycja. Kto więc zyskuje? To jasne.
 
W pierwszych godzinach  po takiej katastrofie  premier musiał konsultować swoje działania i decyzje . Musiał  zawierzyć swoim doradcom i korzystać z analiz i płynących z nich wniosków, które przygotowywały nasze służby specjalne. Dziś błędy popełnione po katastrofie mszczą się niemiłosiernie. Jedna niewłaściwa decyzja rodzi fatalne skutki. Kilka złych decyzji rodzi lawinę fatalnych skutków. Przyjęcie złych założeń opartych na niewłaściwej analizie  sytuacji doprowadza do wrzenia opinię publiczną i rodziny ofiar. I tak od dwóch i pół roku. Premier krok po kroku zapada się w bagno oskarżeń. Nie zamierzam usprawiedliwiać jego działań . Zbiera owoce swoich złych decyzji, także personalnych.  Mnie interesuje natomiast kwestia najbliższego kręgu doradców ( współpracowników)premiera. Ciekawi niezmiernie  zagadnienie pewnej wrocławskiej kancelarii, zaangażowanej w działania prawne tuż po katastrofie. Interesują mnie osoby z AW, które (jak mniemam) przeoczyły kilka  istotnych informacji i faktów, majacych miejsce  zaraz po katastrofie. Dziwne zaginięcia, kradzieże, pobicia. Równie zajmująca jest struktura nominacji urzędniczych  przed katastrofą a które wynikały  z długoletnich znajomości. Nominacje te są także wynikiem działań wielu doradców, wśród których odnaleźć można niezwykle ciekawe postaci. Być może premier  w tym kontekście powinien zanalizować pewien ukraiński aspekt, pozornie nie związany z katastrofą?  

 Czy polski premier jest obiektem manipulacji? Czy jego błędy wynikają z niewłaściwej oceny sytuacji a ta jest efektem błędnych analiz  i informacji, które do niego trafiają.  Czy premier poradzi  sobie z tą  sytuacją? Wydaje sie ,że jedynm rozwiązaniem jest stanięcie na gruncie prawdy, nawet najtrudniejszej i zmiany personalne . Wiadomo jakie. 

poniedziałek, 26 listopada 2012

Waldemar Pawlak w obłokach gazu



Nie wiem czy sen o trzecim premierostwie ziści się Waldemarowi Pawlakowi. Życzyć mu tego? Był dobrym premierem? Był dobrym wicepremierem? Dziś opinia publiczna skupia się na sensacyjnej (czyżby?) zmianie na fotelu prezesa PSL – u i możliwych roszadach personalnych w rządzie. Ach jakie to zaskoczenie! Jaki suspens! Niczym w amerykańskim przeboju kinowym. Mnie się jednak wydaje, że to nie żaden przebój a raczej film klasy C i pieniędzy nie zarobi (te idą zupełnie innym kanałem). Fabuła taka sobie, wątki mało pogłębione a i bohater, na pierwszy rzut oka mało przekonywujący. Czy Polakom podobał się ten film? Reżyser pokpił sprawę? Cos mi się wydaj, że nie.  Coś mi także podpowiada, że Waldemar Pawlak wykonał kawał dobrej aktorskiej roboty. Jednak nie na scenie, na której oglądali go Polacy a w swoim ministerialnym gabinecie.
To przez jego ręce przechodziły projekty umowy gazowej z Rosją, która związała nas na wiele, wiele lat z rosyjskim dostawcą. Na końcu tekstu pojawią sie dokumenty. To wybrane przeze mnie fragmenty projektu porozumienia , które gdyby nie interwencja unijnych organów być może podpisalibyśmy z Gazpromem. (Wydaje mi się ,że to nie lada gratka.) Ostatecznie podpisaliśmy dokument zbliżony w treści, który zobowiązuje nas do kupowania drogiego surowca i pozbawia sporych dochodów z tranzytu.  Ten sam dokument umarza także długi Gazpromu wynikające waśnie z opłat  z przesył gazu na Zachód.
Warto zastanowić się głębiej nad zapisami znajdującymi się w tych dokumentach. Nawet,gdy temat gazu i umowy handlowe nie są ulubionymi tematami. Wnioski nasuwają się same.
Czy analizując działalność Pawlaka w obecnym rządzie nie powinniśmy raczej skupić się na tych kwestiach a nie na tym komu i ile odchodzący wicepremier dał odprawy?
Nie chcę wdawać się w szczegółową ocenę działań Waldemara Pawlaka w okresie kiedy był wicepremierem. Nie wiem przecież wszystkiego. Poza tym zmusiłoby mnie to do cofnięcia się w czasie zbyt daleko  i kazało wymienić kilka zdarzeń i osób z orbity wicepremiera ( premiera) a zwyczajnie nie chce mi się.
Także ocenę dokumentu pozostawiam tym, którzy będą go czytali. Ograniczę się tylko do stwierdzenia ,że każda tego typu polityczna historia ma początek i koniec a ten przeważnie drugie dno. Tak sobie myślę, że energetyka wciąga. Wciąga skala, liczby i przepływy. To grząski teren, łatwo można się zapaść. Po kolana, po szyję a często głębiej. I nie koniecznie sprawa dotyczy jedynie kwestii umowy z Gazpromem. Z tego co wiem, Waldemar Pawlak miał również inne zainteresowania i ambicje. Tymczasem energetyka to domena ludzi (że tak to ujmę) szkolonych, stojących w cieniu i realizujących scenariusze obliczone na trochę większą skalę niż Polska.
Waldemar Pawlak, póki co musi zejść ze sceny. Czy na długo? Nie wiem. Na pewno do czasu, kiedy kilka spraw trochę przyschnie. Aż znów pojawi się ciekawy scenariusz.
p.s

Dziś donald Tusk ogłosił, że gaz z Rosji będzie tańszy . Powiedział także o skomplikowanych negocjacjach w tym temacie  oraz , że nie chce aby negocjacje te  rozpoatrywane były w kontekście politycznym. To niewątpliwie świetna wiadomość dla wszystkich.  Ja jednak zastanawiam sie nad korelacjączasową między zmianami w rzadzie a końcem negocjacji:).


wtorek, 20 listopada 2012

ciekawy film z siewiernego - post scriptum



Czytając wpisy  zamieszczane na wielu portalach blogowych a także komentarze na mojej stronie, dochodzę  do wniosku, że  muszę coś wyjaśnić. Sprawa dotyczy publikacji na moim blogu filmu z lotniska Siewiernyj pod Smoleńskiem. A więc...

 - Po pierwsze – dla tych , którzy czytają mało uważnie. Nigdy i nigdzie nie napisałem, że ten film jest publikowany po raz pierwszy.

10 kwietnia 2010 roku byłem w Smoleńsku. Materiał  dostałem od Rosjanina – pracownika salonu samochodowego KIA, który znajduje się nieopodal miejsca katastrofy. Pracownik ten zgrał go z komputera znajdującego się w salonie na USB a ja przerzuciłem go  do  laptopa.  

 - Po drugie: Oprócz tego filmu dostałem także kilka innych.  Równie ciekawych. Wszystkie filmy miały oznaczenia ( tytuły) składające się z ciągu cyfr.  Zazwyczaj komórki automatycznie nadają numery kolejnym nagrywanym filmom  Ten, o którym piszę, nosił tytuł video 02  i zapisany był cyrylicą.  Wygląda więc na to, że ktoś, ze znanych sobie powodów zmienił tytuł tego pliku.  Od tego czasu oglądałem nagranie parę  razy analizując jego treść. Kilka dni temu,  w całości a więc  w  formie w jakiej przywiozłem go z  Rosji,  wrzuciłem  na stronę. Za nim to zrobiłem musiałem przekonwertować go do odczytywanego przez mój  komputer formatu ( dla dociekliwych – mam dwa komputery, ale tylko jeden podpięty jest do sieci i ten właśnie nie czytał formatu). Do tego celu użyłem darmowego programu, który znalazłem w internecie. Na film naniosłem  adres bloga i zamieściłem na stronie.  Nie dokonywałem żadnej ingerencji w ujęcia filmu, w  ich długość, jakość, nie skracałem ani nie wydłużałem materiału.
 Jeśli ktoś informuje, że w sieci jest inna, dłuższa wersja filmu, to tym gorzej dla całej sprawy. Po co komuś  kilka wersji tego nagrania?  Ja dostałem taką, jaką opublikowałem.

 - Po trzecie: Nie znam  pana Wiśniewskiego, nigdy go nie spotkałem, nie zapamiętałem jego twarzy z TV  i szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie to.
 Uważam, że  z punktu widzenia samego śledztwa nie ważne kim jest osoba filmująca , ważne co zeznała  (prawdę), co zarejestrowała jego kamera i gdzie jest ten materiał dziś. Mnie przy okazji tego filmu zastanawiały zupełnie inne kwestie, ale o tym kiedy indziej . Jeśli jednak, idąc za niektórymi głosami, uznać że  właśnie Wiśniewski jest dla całej sprawy  ważny, to sugeruję aby przyjrzeć się sprawie z jeszcze  innego ujęcia. To jednak wymaga spojrzenia wstecz i opisania kilku zdarzeń sprzed lat. Efekty będą o tyle interesujące, co wymagające rozszerzenia myślenia o wiele innych aspektów. Te zaś wymagają analizy wydarzeń uwzględniającej rolę  kilku innych osób.
Na razie tyle…

niedziela, 18 listopada 2012

FOZZ - wieża komunistów, zeznania maklera

Miło czytało się " Wieżę komunistów" Witka Gadowskiego. Miło, jednak nie znalazłem w tej książce niczego zaskakującego. Nie jest to recenzja ( książka jest zwyczajnie dobra) a jedynie osobista  konstatacja. I paradoksalnie  ta przewidywalność  to mocna strona tej powieści.

Kiedy przedzierałem się przez kolejne stronnice tej historii doznawałem czegoś, co można by nazwać flashbackiem. Opisywane sytuacje przypominały mi prawdziwe zdarzenia. Zdarzenia, których w dodatku byłem uczestnikiem.  W zasadzie nie musiałem czytać, aby wiedzieć jak się sprawy potoczą. I tak, jedna z  pierwszych  scen, ta w której dziennikarz puka do drzwi maklera Kravczika, to opis sytuacji, która miała miejsce kilka lat temu.  Rzeczywiście zapukaliśmy z Witkiem do drzwi domu  tego człowieka i rzeczywiście bardzo zdziwił sie , gdy nas zobaczył.  Książkowy Kravczik, to finansista inwestujący wyprowadzone z Polski pieniądze, które formalnie polski rząd przeznaczył na Fundusz Budowy Gospodarki. Człowiek, którego odwiedziliśmy w jednym z niemieckich miast, to makler obracający pieniędzmi Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego - FOZZ.  Jak nam opowiedział ( szczegóły spotkania można przeczytać  w "Wieży") przez  jego rachunek przeszło ponad 500 milionów dolarów. Dodał też, że wie o  kilku innych maklerach, którzy pracowali i prali pieniądze dla FOZZ.  Niemiecki finansista nie chce mieć nic wspólnego z dawnymi wspólnikami z FOZZ- u .Wciąż boi się odpowiedzialności za udział w przekręcie stulecia. Pokazał nam ciekawe dokumenty, przedstawił wyliczenia, rachunki. Skrupulatny niemiecki finansista, który nieźle zarobił na kontaktach z polskimi służbami. Te zaś dzięki niemu (i innym ) zbudowały w Polsce system kapitalistyczny. System w którym to służby ustalają zasady  rynkowej gry i wskazują milionerów  - celebrytów. Ci zaś muszą tańczyć tak, jak zagrają im panowie w wojskowych uniformach  I co z tego, że w końcówce lat osiemdziesiątych  miliardy dolarów pochodzących z polskiego systemu bankowego, zamiast na spłatę naszych zobowiązań, poprzez różnego rodzaju machinacje finansowe trafiły w prywatne ręce? Nic.W tym kontekście zabawnie zabrzmiała niedawna informacja, o tym, że rząd  spłacił długi Gierka.

Nie piszę tego wszystkiego aby ogrzać się w blasku sukcesu Witka. Robię to z zupełnie innego powodu. Po prostu, wciąż spotykam  się z głosami i opiniami wypowiadanymi przez mądrych i mądrzejszych,  że "Wieża komunistów" to efekt paranoi i owoc wrednego usposobienia Gadowskiego. Gadowski zwariował z frustracji  a jego nienawistna książka to ostateczny na to dowód. Otóż na kartkach jego książki nie znalazłem potwierdzenia diagnozy o chorobie.Wręcz przeciwnie, znalazłem  genezę i niezłą syntezę naszej rzeczywistości.  Przez prawie dziesięć lat wspólnej pracy z Witkiem, jak sądzę stworzyliśmy zgrany duet. Przez ten czas zrobiliśmy  kilka ciekawych materiałów i przede wszystkim zgromadziliśmy pokaźne archiwum. Archiwum, które ani o jeden procent nie straciło na wartości i aktualności. System zbudowany dwadzieścia lat temu wciąż trwa na tych samych fundamentach. Tak zwana opinia publiczna o FOZZ -ie wie niewiele, bądź nic. Do mediów przedostało się kilka informacji i nazwisk,  które weszły w wąski obieg. Jednak wokół FOZZ - u krążą nazwiska, których ujawnienie i opisanie ich roli spowodowałoby prawdziwy zawrót głowy.  Zawrót a później ból. Kilka lat  temu udało mi się dotrzeć do kilku niezwykle istotnych akt śledztwa w sprawie FOZZ - u. Dokumenty stały się impulsem do poszukiwań kolejnych elementów tej złożonej, złodziejskiej układanki. Dziś wiem dużo, jednak jeszcze nie wszystko. Krótko po tym jak akta trafiły w moje ręce,  jakoś dziwnie zniknęły.  Nie śedziłem ich dalszych losów. Nie wiem czy się odnalazły. Wątpie. Poniżej dwie ciekawe fotokopie pochodzące z tych akt.  To drobne potwierdzenie tego co Witek opisał w książce a do czego ja  odniosłem się . Zeznania niemieckiego maklera.
Witek ujął to  trochę zgrabniej.



piątek, 16 listopada 2012

zdjęcia satelitarne ze Smoleńska są w Polsce



Właśnie na stronie niezależna.pl przeczytałem ciekawy tekst na temat zdjęć satelitarnych lotniska Siewiernyj pod Smoleńskiem. 

Po swoim tekście wrzucę link do artykułu.  Gdyby jednak strona przestała działać, w dwóch zdaniach streszczę to co przeczytałem .

Jest to wywiad z  Chrisem J. Ciszewskim z Warnell School of Forestry and Natural Resources, University of Georgia w USA,  który opowiada o tym jak kupił i przeanalizował zdjęcia satelitarne  przedstawiające lotnisko Siewiernyj przed i po katastrofie rządowego Tu 154.
Z treści artykułu dowiadujemy się, że kilka dni przed katastrofą, 5 kwietnia jeden z satelitów  wykonał wysokiej jakości zdjęcia terenu lotniska. Wcześniej tej kości zdjęcia były wykonywane w 2007 roku.  Przez kilka lat nikt nie interesował się smoleńskim lotniskiem wojskowym. Po 5 kwietnia , przez kilka kolejnych dni, satelita, który ustawił się na najlepszej wysokości  nad lotniskiem zrobił kolejne fotografie. Zdjęcia datowane są  na   5 i 9 kwietnia a także 11, 12 i 14.  Taka operacja zmiany położenia satelity musi być zaplanowana kilka tygodni wcześniej. Więc albo ktoś coś podejrzewał, albo zbieg okoliczności.

Pominę kilka informacji, ale konkluzja artykułu jest taka, że zdjęcia są dowodem na to, że już po katastrofie zmieniano układ szczątków samolotu.  I, co oczywiste, są (powinny być) dowodem w sprawie.  Chris Ciszewski jest zdania, że skoro satelita fotografował przed i po tragedii, powinien także zrobić zdjęcia 10 kwietnia . To logiczne. Jak wiemy, zdjęcia trafiły do Polski. W materiale pojawia się jednak informacja, że wszystkie zdjęcia  zginęły w jednej z podległych premierowi instytucji.

Otóż, według moich informacji pochodzących z niezłego źródła  zdjęcia nie zaginęły i znajdują się w Polsce , w  siedzibie AW. Informacje tę zdobyłem na kilka dni przed publikacją wywiadu z Ch.J. C

A oto link d artykułu.:

http://niezalezna.pl/34868-tajemnica-zdjec-satelitarnych-ze-smolenska

czwartek, 15 listopada 2012

Agencja Wywiadu wiedziała o zamianie ciał ofiar tuż po katastrofie?


Agencja Wywiadu wiedziała o zamianie ciał już pierwszego dnia po katastrofie a szyfrogram o  tej treści znalazł się w siedzibie Agencji.

Zaszyfrowaną wiadomość wysłał dyplomata pracujący w polskiej ambasadzie w Moskwie, który jednocześnie  zatrudniony był również w Agencji Wywiadu. Mężczyzna o imieniu zaczynającym się na literę P raportował, że sześć trumien  zalutowano bez identyfikacji znajdujących się w nich ciał. Wszystko odbył się bez udziału żadnego z polskich przedstawicieli.
Polski oficer zyskał tę informacje od Rosjanina, kierownika zespołu osób pracujących wówczas w moskiewskiej kostnicy do której trafiły ofiary katastrofy.
Szyfrogram otrzymał najwyższy priorytet ważności i niezwłocznie, odpowiednimi kanałami został przesłany  do kraju. Według procedur dokument o takiej ważności powinien trafić  na biurko szefa Agencji.

Co się stało z szyfrogramem? Czy trafił do Kancelarii Premiera? A może kierownictwo AW z jakiegoś powodu  zataiło tę informację, bądź uznało ją za mało ważną? Wypowiedzi najwyższych przedstawicieli polskiego państwa po katastrofie  świadczą o tym, że albo kłamali na temat zamiany ciał, albo byli zupełnie nieświadomi istnienia informacji na ten temat.  

Do głowy przychodzi mi więc pytanie; czy ktoś zastawił  pułapkę na premiera i jego współpracowników? Przecież jeśli, jeszcze przed pogrzebami  odpowiednie służby poinformowałyby o tym, że trzeba otworzyć trumny aby mieć pewność co do znajdujących się w nich ciał , zapewne  opinia publiczna i rodziny ofiar przyjęłaby to ze zrozumieniem. Dziś jest t o kwestia rozpalająca emocje do białości.  Znów muszę postawić pytanie, które często pojawia się w moich analizach: Kto na tym zyskuje? Odpowiedź jest oczywista. W myśl starożytnej maksymy, winny jest ten kto korzysta.

Istnieje jeszcze jedno wytłumaczenie. Banalne. Dla porządku  napiszę o nim. Szyfrogram zaginął. Winny - polski bałagan. Możliwe?

wtorek, 13 listopada 2012

ciekawy film z siewiernego

video

Jeśli film nie otwiera się, należy  ściągnąć z sieci i zaistalować darmowy program  quicktime. System dostanie wówczas odpowiednie kodeki .Powinno wystarczyć.

Długo zastanawiałem się czy publikować w tym miejscu ten film. Ostatecznie  uznałem, że tak, bo mam z tym filmem mały problem. Nie jestem pewny co o nim myśleć.  Czy spokój, który widać w kadrach, to efekt zrezygnowanie, przerażenia tym co się stało? Czy strażacy widząc bezmiar zniszczeń samolotu zrezygnowali z szybkiej akcji ratunkowej? Gdzie są karetki pogotowia?  Nie chcę budować piętrowych struktur myślowych, choć kilka wniosków  zwiazanych z filmem nasuwa się bezwiednie.

Nie jestem także pewien kim jest  mężczyzna, który spokojnie kręci materiał ( może tylko robi zdjęcia)? Jest blisko, nikt mu nie przeszkadza. Zdaje się, że w ręce nie trzyma profesjonalnej kamery, tylko  amatorską. Nie na taśmę a na kartę pamięci, bądź z twardym dyskiem. Czy ktoś w Polsce widział materiał, który zrealizował ten człowiek? Gdzie są tem materiały?
Oglądałem film wiele razy. W mojej opinii,  wśród obecnych na lotnisku osób nie widać zdenerwowania, pośpiechu, z ekranu nie wyziera panika.  Człowiek nagrywający ( robiący zdjęcia) także nie ucieka przed ścigającymi go przedstawicielami rosyjskich służb. Nie widzę aby ktoś kogoś gonił. Autor  publikowanego przeze mnie filmu także, jakoś specjalnie nie kryje się z tym, że nagrywa. Jego także nikt nie ściga. Spokój. Dziwny to film, dziwna to sytuacja.

p.s
Film jest w kilku miejscach zacięty ponieważ edytowałem go w  w jakimś darmowym, amatorskim programie.

środa, 7 listopada 2012

przypadki koncesjonowane

Kilka lat temu razem z Witkiem Gadowskim walczyliśmy na trudnym odcinku eksploracji polskiego wątku zagadnienia, które przyjęło nazywać się „wiedeńskim kręgiem”.  A cóż to jest ten wiedeński krąg?  W wielkim skrócie, to splot działań różnej maści szpiegów, biznesu, polityki i innych knowań, których miejscem był właśnie Wiedeń. Dlaczego Wiedeń? Ano dla tego, że jest doskonale położony geograficznie i co ważniejsze austriackie władze jakoś odwracały głowę  i  przymykały oczy na harce służb wywiadowczych i podejrzane interesy.  Według niepisanej umowy, Wiedeń był miejscem, gdzie raczej nie działali spece od mokrej roboty i gdzie w miarę spokojnie można było zorganizować spotkanie, wymianę, czy przekazanie. Właśnie w Wiedniu, w jednej z tamtejszych restauracji kilka lat temu Jan Kulczyk spotkał się  ze  znanym z „afery Olina”, byłym sekretarzam ambasady rosyjskiej w Warszawie Władimirem Ałganowem. Organizatorami tego spotkania byli Aleksander Żagiel i Andrzej Kuna. Tematem słynnej rozmowy była polska  energetyka.

Ważniejszymi aktorami  w wiedeńskim kręgu  byli, wymienieni przed chwilą  bracia Kunowie,  Aleksander Żagiel, Edward Mazur,  Jeremiasz Barański pseudonim Baranina, czy ojciec chrzestny polskiej mafii Ricardo Fanchini vel Marian Kozina.

Wszyscy trzej bracia Kunowie oraz  Aleksander Żagiel w czasach siermiężnej komuny wyemigrowali z Polski. Od wielu lat mieszkają w Wiedniu. Przez ten czas  prowadzili wiele interesów, także w Polsce. (To właśnie oni sprowadzili do naszego kraju sieć supermarketów Billa). W jednej z firm zatrudnili swojego starego przyjaciela Ałganowa.

Jednak, jak wielokrotnie przekonywali,  tęsknili za rodzinnym krajem. Tęsknota pchnęła ich  działania. W latach osiemdziesiątych postanowili  rozwinąć działalność pomocowa dla rodaków pozostających za żelazną kurtyną. Firma Kuny i Żagla zbierała niedostępne, bądź deficytowe towary  i w paczkach transportowała je  do Polski. Samochody pełne darów kursowały bez przeszkód do Polski.

Kunowie i Żagiel oraz ich druh i biznesowy partner  Riccardo Fanchini vel Marian Kozina – pochodzący ze Śląska mafijny boss współpracujący z rosyjską  i włoską mafią  szybko znaleźli się w zainteresowaniu zachodnich służb.

W latach dziewięćdziesiątych grupa zbiła kokosy na gigantycznym przemycie papierosów i alkoholu. „Towarem eksportowym” operatywnych biznesmenów był wówczas spirytus „Royal” i wódka „Kremlovskaya”. Ich przestępcza siatka rozciągała się od  Berlina, Wiednia i Antwerpii, przez Warszawę, Pragę i Budapeszt, aż do Mińska Kijowa i Moskwy. Aby skutecznie walczyć z siatką policje niemiecka i austriacka połaczyły siły.
Szukając dowodów na przestępczą działalność braci Kunów Żagla, Fanchiniego i Barańskiego śledzcy założyli podsłuch na ich wiedeńskich telefonach. Przez wiele miesięcy policjanci słuchali  rozmów na temat ciemnych interesów grupy.  Chcąc nie chcąc słuchali także rozmów jakie członkowie grupy  prowadzili z przyjaciółmi z Polski.
Wśród najbliższych był Sławomr  Wiatr -  były sekretarz PZPR - u,  przywódca partyjnych  reformatorów  i obok Aleksandra Kwaśniewskiego największa   nadzieja na przetrwanie partii. Kiedy PZPR skonała,  Wiatr   usunął  się w cień. Jednak już po kilku latach  wrócił  do  wielkiej polityki. W rządzie Leszka Milera dostał funkcję pełnomocnika ds. informacji europejskiej.
Będąc już na stanowisku Wiatr przyznał się, że był tajnym i świadomym współpracownikiem służb specjalnyj PRL – u. 

Z rozmów zarejestrowanych przez niemiecką i austriacką policję wynika, że bracia Kunowie niezwykle  często kontaktowali się z Wiatrem. Na jednej setek z taśm zarejestrowano kilka rozmów   Bartka Kuny ze Sławomirem Wiatrem dokładnie w czasie,  w którym  KRRiT decydowała  o tym komu przyznać koncesję na budowę naziemnej telewizji w Polsce.
 Z rozmów między nimi można zorientować się, że Wiatr był wówczas  w budynku, w którym obradowała Rada.

 - Kuna:    - wszystko idzie zgodnie z planem?
 - Wiatr:   - wszystko
Podczas kolejnej rozmowy telefonicznej zarejestrowanej przez policjantów Kuna rzuca:
-  P. się niepokoi.
 Wiatr :  -  Powiedz P.  żeby się nie martwił,  wszystko jest  załatwione.

Kolejny telefon z Wiednia.

Zniecierpliwiony Kuna: - decyzja  już zapadła?

 Wiatr:  
- Jeszcze nie,  wszystko idzie zgodnie z planem.

Gdy  KRRiT w końcu przyznała koncesje  tym razem to Sławomir Wiatr zadzwonił do Kuny z krótką wiadomością :

 - Mamy!

Przesłuchujemy kolejne taśmy z podsłuchami. Robi się coraz ciekawiej.

Bartek Kuna dzwoni  do Polski. Z drugiej strony słychać  głos mężczyzny. Kuna przypomina rozmówcy o czekającym go jutro przesłuchaniu przed KRRiT. Przesłuchanie  ma związek z koncesją na nadawanie jednej z  radiostacji na Śląsku.

Kuna:  - Jak będą cię pytać o pieniądze , skąd masz na radio, to powiedz , że zaoszczędziłeś.
Mężczyzna:  - Aż tyle?
Kuna:  - No tak, z ciężkiej pracy, wiesz…(śmiech)
Mężczyzna:  - dobra ...
Kuna: Poza tym, nie martw się, wszystko jest już załatwione. Mamy tam swoich ludzi. Trochę to kosztowało ale wiesz, od czego są przyjaciele... (śmiech). Mimo to bądź przekonywujący...
Mężczyzna : -  dobra , dobra
Kuna :  - No i nie spóźnij się ...

Kolejna taśma.

Bartek Kuna dzwoni do brata Pawła. Z rozmowy dowiadujemy się, ze Paweł   jest właśnie w drodze z Katowic do Warszawy. Rozmowa toczy się wokół interesów. W pewnym momencie  schodzi na temat pieniędzy , które  zainwestowali  w jedną z katowickich rozgłośni radiowych. Pada nazwa rozgłośni...

Czy to ta sama rozgłośnia dla której wiedeńczycy "załatwiali " koncesje? Czy może kolejna , którą otoczyli swoją opieką?

            Taśmy na których zarejestrowano te rozmowy trafiły do polskich policjantów  z rąk niemieckiego prokuratora Meinkopfa z hanowerskiej prokuratury. Prokurator  po żmudnym śledztwie doprowadził do  skazania Pawła Kuny za udział i organizowanie  międzynarodowego przemytu. Polscy policjanci po analizie taśm przekazali je do prokuratury apelacyjnej w Lublinie. Tam jednak ślad po nich zaginął . Oficjalnie lubelska prokuratura twierdzi, że taśmy odesłała do Hanoweru. Tam nic jednak o tym nie wiedzą a w  Lublinie nie ma śladu z  przekazania  taśm Niemcom. Nie ma także  stenogramów z podsłuchów. Takie stenogramy powinny być sporządzone przed zwróceniem materiałów dowodowych,  jakimi był kasety z podsłuchami. Efekt jest taki, że część kaset przepadła. Na szczęście nie wszystkie.

wtorek, 6 listopada 2012

a więc stało sie...

Cezary Gmyz wyrzucony z Rzeczpospolitej. Wyrzucony za tekst o polskich  śledczych, którzy  w Smoleńsku, na szczątkach Tupolewa znaleźli ślady trotylu. Razem z Gmyzem polecieli naczelny  i ludzie zajmujący się w "Rz" sprawami krajowymi. Nie martwię się o Czarka a tym bardziej  o Tomasza Wróblewskiego. To doświadczenie dziennikarze i pewnie znajdą swoje miejsce w jakimś profesjonalnie zarządzanym projekcie. Jednak po ludzku współczuje im . Martwię się natomiast o Rzeczpospolitą. Nie o jej obecny kształt i kierunek w którym dryfuje. Wszystko wskazuje na to, że to początek końca tej gazety. Właściciel  i  Rada Nadzorcza spółki  wydającej dziennik wkroczyli na scenę i  rozpoczęli   widowiskowy, lecz smutny spektakl, którego zakończenie  jest dla mnie oczywiste.

 W tej niewesołej  historii są jednak i zabawne wątki. Choćby  próba  oceny warsztatu dziennikarskiego Czarka i Tomasza Wróblewskiego  przez członków  RN. Znam jedną osobę z tego gremium, to niegdysiejszy dziennikarz Wprost. Pamiętam, że z dużym zaangażowaniem i sukcesami śledził powiązania Aleksandra Kwaśniewskiego z częstochowskim baronem paliwowy, byłym prokuratorem wojskowym. Podczas jednego ze spotkań w krakowskim klubie " Pod gruszką" pokazywał mi nawet interesujace zdjęcia dokumentujące kontakty obu dżentelmenów. Pozostałych członków RN nie znam, domyślam się jednak, że są to niebagatelne postaci życia dziennikarskiego, które  bazując na doświadczeniu, kontaktach i wiedzy wyliczyły Czarkowi  błędy i ustawiły drogowskazy, które w przyszłości nie pozwolą mu ( i innym) zboczyć na manowce dziennikarskiego fachu. Tak musiało być, bo jakże inaczej?

Ale na poważnie. Jeśli właściciel gazety i jego ludzie oczekiwali, że Gmyz przyniesie im na talerzu nazwiska informatorów i nagrane z nimi rozmowy, to byli - w najlepszym przypadku naiwni. Czarek nie mógł tego zrobić. Nie mógł, bo gdyby to zrobił popełniłby niewybaczalny grzech a w zasadzie przestępstwo. Nie wymagam od ludzi kierujących „Rz”  bezgranicznego zaufania do któregokolwiek  ze swoich dziennikarzy. Oczekuję jednak zdrowego rozsądku. Poza tym, właściciel pisma, przed podjęciem decyzji o  publikacji tekstu o trotylu (ale nie o zamachu!) mógł się przecież skonsultować z przynajmniej kilkoma znanymi sobie  osobami, które o lataniu, pilotażu i trotylu wiedzą zdecydowanie więcej niż on.