środa, 27 marca 2013

zabawny raport ABW a w nim interesujący ambasador


Kilka dni temu, nagle i  bez ostrzeżenia  zostałem wprowadzony w stan nadzwyczajnego zdumienia. Długo nie mogłem się otrząsnąć, prawie zapaliłem papierosa. 
Co się stało? Po kolei. 

 Instytucja, którą do niedawna kierował   generała Krzysztofa  Bondaryka a więc Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego urodziła  pewien dokument. Wynika z niego, że w polskich służbach i dyplomacji pracować może kilka setek agentów, w różny sposób powiązanych z komunistycznymi służbami, również z   sowieckimi i  rosyjskimi. Z raportu wynika także , że  wielu naszych oficerów i  dyplomatów przeszło specjalne przeszkolenie, bądź studiowało  w Moskwie. Inni pracowali dla PRL – owskich  służb a później gładko wślizgnęli się do struktur bezpieczeństwa,  MSZ – tu  i dyplomacji III RP.   

Tak! Taki oto  dokument sporządzili analitycy i archiwiści z ABW.
Uznanie należy się bezsprzecznie.

A teraz poważnie. 

Przecież wszystko to  truizm. Zdumienie moje wzięło się nie na skutek informacji zawartych w raporcie , ale z czegoś zupełnie  innego. Zdumienie zasadzało się na efektach prostej analizy dokumentu  i kilku oczywistych pytaniach związanych z powstaniem raportu: 

  1. Dlaczego ABW właśnie teraz publikuje raport?
  2. Dlaczego lista wygląda tak a nie inaczej?
  3. Jaki efekt ma osiągnąć ta publikacja?
Ad1. Na pierwsze pytanie odpowiedzi jest przynajmniej kilka. W mojej opinii efekty obliczone są na doraźne zyski a takie działania wynikają z bieżącej polityki i próby zajęcia lepszej pozycji wyjściowej w obliczu przyszłych decyzji i rozstrzygnięć. Służby przepychają się. 

Ad2. Na drugie pytanie odpowiedź nie jest już taka prosta. Osobiście jestem w stanie wymienić przynajmniej kilka nazwisk, które powinny znaleźć w raporcie ABW a których tam nie stwierdziłem. No więc, czy generał Bondaryk nie zdawał sobie sprawy  z kim jeszcze do niedawna  pracował? Nie znał akt personalnych i przebiegu karier wielu swoich współpracowników, także tych z szefostwa kontrwywiadu? Czy podczas pisania takiego  raportu nie miał dostępu do archiwum innych służb? Wątpię w to. Metodologiczne założenia przy tworzeniu takiej listy powinny wymusić inny jej kształt. Jednak tak się nie stało. 

Ad3. Czy efektem  tej publikacji miało być  postraszenie kilu osób? Danie im do zrozumienia,  że w ewentualny aneksie, lub w drugim wydaniu dokumentu  mogą pojawić  się kolejne nazwiska z kręgu służb i polityki? Tym razem jednak o wiele  ważniejsze. A  może chodzi o to, aby pokazać w jakim kiepskim stanie są nasze służby? No  bo chyba nikt nie uwierzy w to, że raport odzwierciedla rzeczywisty stan rzeczy i wiedzy w tym zakresie. 

Tak czy owak raport powstał a ja znalazłem w nim kilka dobrze znanych mi nazwisk. Wśród nich było nazwisko pewnego  polskiego dyplomaty, od niedawna ambasadora tytularnego -  Pana D.  

Pan D,  to współpracownik wojskowej bezpieki. Jako dyplomata przebywał na  placówkach w Bonn i Wiedniu a ostatnio w Petersburgu. Pan  D to specjalista od spraw rosyjskich i niemieckich. Oprócz talentów dyplomatycznych i naukowych, Pan D  wykazuje także duże zacięcie biznesowe. 

 Z tego co wiem,  Pan D to dobry znajomy znanego  polskiego  Pana Lobbysty 

Pan Lobbysta, to niegdysiejszy celebryta, bywalec salonów i okładek kolorowych pism, ale przede wszystkim Pan Lobbysta zasłynął próbą spieniężenia Rafinerii Gdańskiej Kazachom. Wydaje się, że był to początek jego końca. Interes z oczywistych powodów nie wyszedł a on sam skończył w  areszcie, z poważnymi zarzutami prania pieniędzy. Trochę posiedział (podobno w trakcie odsiadki dużo ćwiczył i medytował), także trochę poopowiadał przejętym prokuratorom. W trakcie  pobytu w areszcie próbowano go wykorzystać do kilku gierek i prowokacji w ramach bieżącej  polityki. Cześć z nich się udała, kilka nie, ale to opowieść na inny czas.
 Niezaprzeczalnie  Pan Lobbysta  wciąż  ma wiedzę  na temat mechanizmów wielu  prywatyzacji w naszym kraju. Głównie tych strategicznych, z sektora energetycznego. Jego wiedza obejmuje także szczegóły wielu ciekawych operacji finansowych i interesujących depozytów w kilku  bankach na świecie. Sądzę, że jego szczere zeznania pomogłyby  skazać na długoletnie kary więzienia kilka znanych postaci życia publicznego.  Pranie pieniędzy, nielegalne transfery, międzynarodowa, gigantyczna  afera Clear Stream z udziałem  jednego z naszych magnatów medialnych, to tylko kilka wątków które mógłby poruszyć Pan Lobbysta. 

 („Cleart sream”, czyli pranie pieniędzy z łapówek i nielegalnych zysków.  Kiedyś to opiszę , zaręczam, że będzie ciekawie). 

Kariera Lobbysty  w biznesie jest niezwykle ciekawa i splata się z wieloma znanymi nazwiskami polskiej przedsiębiorczości i polityki. Choć nie tylko, bo Lobbysta swoje pierwsze większe  interesy robił w Petersburgu. Było to w czasie , kiedy do Petersburga, z placówki w  NRD zjechał już  W. Putin 

Młody, zdolny, uroczy Lobbysta. Także  w opinii dyplomaty - Pana D. Obaj najwyraźniej  przypadli sobie do gustu. Pan D.  to dobry znajomy  rosyjskiego szpiega W. Ałganowa . Człowieka o wielu koneksjach i jeszcze większej liczbie szpiegowskich  zadań do wykonania. 

Nazwisko Ałganowa, jako jednego  z głównych bohaterów pojawia się w głośnej sprawie premiera Oleksego, oskarżonego o szpiegostwo na rzecz Rosji. Przewija się także  w innych , związanych z  biznesami braci Kunów i Aleksandra Żagla, znanych wiedeńskich biznesmenów polskiego pochodzenia.

To właśnie  z Ałganowem,  w Wiedniu spotkał się Jan Kulczyk, aby omówić strategię związaną z inwestycjami w polską energetykę. Organizatorem spotkania był A. Żagiel.  

 (Dodam tylko, że swego czasu W. Ałganow pracował w  firmie A. Żagla i A. Kuny. W tej samej firmie pracował jeden z szefów polskiego wywiadu UOP Pan Cz. Pan Cz. wcześniej pracował na placówce w Wiedniu. Zabawne, nie?  ). 
No, ale do rzeczy. 

Pan Lobbysta i Pan D nawiązali współpracę.  Pan Lobbysta ma jeszcze jednego znajomego -   to słynny  bankier Peter Vogel. Przez konta banku, który reprezentował ten człowiek przeszły  miliony dolarów,  należące  do  wielu znanych Polaków. 

(Dla tych którzy nie kojarzą, Vogel to wbrew pozorom  Polak, który wyjechał  kraju, zmienił nazwisko,  obywatelstwo i przedzierzgnął się w bankiera [historia jego wyjazdy z Polski  jest jak z sensacyjnego filmu. Pojawia się w niej morderstwo, ułaskawienie i  nazwisko prezydenta Kwaśniewskiego. To znana historia, ale o nieznanych szczegółach może napiszę innym razem]). 

Pan Lobbysta, zanurzony w wielu rozmaitych  biznesach, zarabiał spore pieniądze. Dla siebie i innych. Wsparcia udzielał mu także dyplomata -  Pan D. Interesy rozwijały się doskonale, bo Pan Lobbysta wiedziała jakich argumentów używać w stosunku do naszych polityków, aby przekonywać ich do swoich biznesowych racji. Także Pan D miał szerokie kontakty, również wśród rosyjskich dyplomatów, którzy szczególnie interesowali się polskim sektorem paliwowo -  energetycznym. Poniżej maili. Pan D nakazuje  Panu Lobbyście, aby w rozmowie z dyplomatą powołał się  na Ałganowa.  

Pieniądze z interesów  parkowano w wielu bankach na całym świecie, co czasami nastręczało kłopotów. Transfery wielkich sum zawsze zostawiają ślad. No ale od czego mam się przyjaciół ? W trudnych momentach pojawiał się bankier Peter Vogel i problem  znikał. Vogel nie tylko pomagał Panu Lobbyście. W portfelu jego klientów byli także inni a sam Peter Vogel wielokrotnie odwiedzał Warszawę, aby dopinać szczegóły finansowych konstrukcji.  U dołu ciekawa korespondencja w tej sprawie.
Vogel  również  trafił za kratki. Zatrzymano go w związku ze śledztwem w sprawie nielegalnych kont polskich polityków w szwajcarskich bankach. Śledztwo spaprano a postępowanie wielu osób z kręgów prokuratorskich w tej sprawie każe zastanowić się na ich rzeczywistymi intencjami śledztwie.  Zanim aresztowano Vogla, bomba z informacją o szwajcarskich kotach naszych polityków wybuchała z całą mocą. Dziennikarzom podrzucone szereg   mało ważnych  informacji a  przekaz był jasny: Politycy ukrywają pieniądza za granicą. Głównie ci  związani z SLD. Upublicznienie informacji o działaniach Vogla było konieczne, ponieważ w tym czasie aresztowany Pan Lobbysta zaczął mówić o szczegółach swoich interesów, także o kontach w Szwajcarii. Sprawa kotłowała się w mediach kilka tygodni. To wystarczająco długo, aby zlikwidować rachunki  i zatrzeć ślady.  Dopiero później podjęto ułomne śledztwo, które w zasadzie nic nie wykazało. 

Ten tekst opisuje jedynie drobny fragment płasczyzny, na której spotyka się  wielki biznes,  za którym stoją  politycy z komunistycznym rodowodem, dyplomaci po moskiewskich szkołach i ludzie służb specjalnych , którzy dbają o to, aby interesy rozwijały się właściwie a   ciekawi  dziennikarze nie wtykali nosa w nieswoje sprawy.




wtorek, 26 lutego 2013

minister b.sienkiewicz a szyfrant zielonka

cd SF

Wiele mówi się o zmianach w naszym rządzie. Mnie interesuje zmiana na fotelu ministra spraw wewnętrznych. Bartłomiej Sienkiewicz zastąpił swojego kolegę z OSW Jacka Cichockiego. Jeśli dobrze analizuję sytuację, to zmiana ta może sugerować, że premier, (być może) przestał ufać partyjnemu aparatowi a bardziej zaczął opierać się na…, no waśnie. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że na ludziach ze służb specjalnych. Oczywiście ten wątek pobrzmiewa w wielu komentarzach, ale co tak naprawdę oznacza to sformułowanie? Dlaczego premier opiera się na służbach? Czy do tej pory było inaczej? (czy państwo może nie opierać się na dobrze działających służbach?) Czy w najbliższym czasie czekają nas jakieś turbulencje, rozruchy, rewolucje i aby wszystkie te rzeczy zneutralizować, zgnieść w zarodku należy szczelnie otoczyć się służbami specjalnymi, których ludzie wykonają każde polecenie? Czy Bartłomiej Sienkiewicz to opoka, która ma chronić premiera w obliczu tych wszystkich rzeczy? Czy bez zmrużenia oka wykona każde polecenie pryncypała? Wydaje mi się, że nie a takie postawienie sprawy jest błędem.

To prawda, że Bartłomiej Sienkiewicz związany jest ze służbami specjalnymi. Powszechnie znane są przecież jego związki z UOP w okresie kiedy urząd powstawał. Co prawda, nie wiele mówi się o tym, że jeszcze w 2005 pobierał wynagrodzenie z kasy AW, ale nie ma to większego znaczenia. Wcześniej związany był z pacyfistyczną organizacją Wolność i Pokój (na marginesie dodam, że WIP, to przeciekawy temat, który pewnie ktoś kiedyś wnikliwie opisze).
Od dat ważniejsze są pytania: Dlaczego właśnie Sienkiewicz i jakie zadanie będzie musiał zrealizować w pierwszym rzędzie. Zrealizować, to znaczy podjąć bardzo konkretne decyzje.

Czy nowy minister zrobi użytek z wiedzy zawartej w z kilkunastu śledztwach ( mam wiedzę o piętnastu) w sprawie nieprawidłowości przy budowie dróg i autostrad, które ostatnio podjęła ABW? Czy czeka nas sezon afer drogowych?

A może kwestia pewnej milionowej gratyfikacji (łapówka?), która trafiła w ręce jednego ze znanych polityków? Myślę, że ten pasztet nowy minister zje na początek. Ale przecież nie dla takich drobiazgów premier zmienia ministra.

Sienkiewicz ma opinie doskonałego analityka, co prawdopodobnie jest prostą funkcja jego inteligencji. Kariera zawodowa B. Sienkiewicza i jego działalność biznesowa związane są z energetyką, paliwami i Wschodem. Czy to właśnie te doświadczenia i kwalifikacje zaważyły na tej nominacji? (powstrzymam się w tym miejscu od pisania na temat kontraktów Orlenu).

- Chcę wierzyć, że dzięki dobremu rozeznaniu w temacie oraz współpracy z nowym szefem kontrwywiadu, którego według zapewnień premiera Sienkiewicz sam sobie dobierze, uda się opanować sytuacje z gazem łupkowym. Koncesje, pozwolenia, ustalenie, kto w rzeczywistości stoi za konkretnymi spółkami a więc, kto przejmie kontrolę nad surowcem i zyskami, to podstawowe kwestie w tym temacie .

- Czy minister Sienkiewicz zechce zająć się falą finansowanego przez Rosjan lobbingu, która zalewa północ naszego kraju a która ma na celu przekonanie samorządowców, polityków i ekologów o absurdalności pomysłu budowy elektrowni atomowej w Polsce i zachęcić do aktywnego sprzeciwu wobec takich planów? Czy nowy minister wesprze działania przeciwdziałające takim inicjatywom ? ( Kiedyś napiszę tekst o systemie wstawania farm wiatrowych.. Lobbing , finansowanie, i dezinformacja. To jest prawdziwy pasztet).

- Czy B. Sienkiewicz we właściwy sposób przyjrzy się grupom promującym (realizującym) rosyjskie interesy w sektorze energetycznym? Czy zdoła rozwikłać węzeł zależności łączący jednego z najbogatszych Polaków z politykami mającymi wpływ na decyzje w energetyce? Powinien, bo zakładając jego kompetencje, musi mieć rozczytany schemat i interesów , który tworzony jest na naszych oczach. I to nie tylko w wymiarze biznesowym, ale przede wszystkim strategicznym. (Realizacja planów polskiego oligarchy, mówiąc łagodnie ze strategicznego punktu widzenia nie będzie korzystna dla Polski). Czy pochyli się nad informacjami o podejrzanych spotkaniach polskich polityków na Białorusi? Wydaje się, że w tym kontekście Białoruś jest niezwykle ciekawa.

- Czy wreszcie nowy minister wzmocni kontrwywiad w jego zasadniczej działalności? Kto, jak kto, ale B. Sienkiewicz powinien zdawać sobie sprawę ze znaczenia przypadku szyfranta Zielonki. Związki Sienkiewicza z UOP i wywiadem powinny dać mu właściwy ogląd tej sprawy.

A przypadek ten jest niezwykle ciekawy. Abstrahując od jakości dochodzenia w tej sprawie i jakości prasowych doniesień (dezinformacji) można powiedzieć, że szyfrant Stefan Zielonka powinien być znany polskiemu kontrwywiadowi od wielu lat. Być może był ? Jeśli tak, to mamy problem.
W latach dziewięćdziesiątych architekci nowopowstającego tzw. wydziału wschodniego w Zarządzie Wywiadu UOP, aby właściwie realizować zadania musieli pozyskać źródła wywiadowcze. Swoje działania, w naturalny sposób skierowali w stronę radzieckich oficerów, których armii stacjonowała wówczas w Polsce. Akcji nadano kryptonim "Kwadrat". Największe zgrupowanie radzieckich wojsk obecne było w Legnicy. Stacjonowało tam między innymi Dowództwo Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej i dowództwo 4 Armii Lotniczej. W Legnicy również obecne były polskie jednostki wojskowe, jednak podlegały rosyjskiemu dowództwu. Szefowie wywiadu UOP, szukając dojść do rosyjskich oficerów, robili to również za pośrednictwem Polaków, którzy z mieli z nimi kontakty. Praca nie była łatwa. Po kilku miesiącach na biurku szefa wydziału wylądował raport, z którego nie wiało optymizmem. Wynikało z niego, że praktycznie większość polskich żołnierzy współpracujących z Rosjanami była na kontakcie operacyjnym GRU, czyli rosyjskiego wywiadu wojskowego. Skala i jakość współpracy była olbrzymia, wręcz deprymująca. Ryzyko dekonspiracji akcji werbunkowej w takich warunkach wynosiło niemal sto procent. Z punktu widzenia rosyjskiego to zupełnie naturalna sprawa, gorzej jeśli spojrzeć na to z naszej strony.
Stefan Zielonka służył wówczas jednostce w Legnicy, zajmował się łącznością. Po kursach i specjalnych szkoleniach organizowanych przez Rosjan trafił do II Zarządu Sztabu Generalnego WP a później do WSW, czyli peerelowskich wojskowych służb specjalnych. Po reorganizacji wojskowych służb specjalnych przeszedł pozytywną weryfikację i kontynuował służbę polskiej armii. Przez jego ręce przechodziły setki dokumentów, mniej ważnych, ważnych i bardzo ważnych. Miało to miejsce do momentu, kiedy nagle zniknął. Znaczy, popełnił samobójstwo. Cała sprawa śmierdzi. Nie twierdzę, że szyfrant był szpiegiem( choć wiele może na to wskazywać), nie mam wszystkich informacji w tym temacie. Znaków zapytania w tej szalenie ważnej dla kraju sprawie jest zbyt wiele, aby nie traktować zaginięcia priorytetowo.

Czy nominacja Sienkiewicza, to zapowiedź zdecydowanych działań w obszarach, które przed chwilą wymieniłem? Mówi się, że Sienkiewicz to państwowiec, że nie wikła się w bijatykę  polityczną. Czy polityka jednak pozwoli mu na działanie? Czy on sam przyszedł do ministerstwa z określonym planem dla Polski? Czas pokaże.

środa, 20 lutego 2013

więzienia CIA w Polsce a los Z. Siemiątkowskiego


Lekkie science fiction....

Wpadła mi  w ręce notka prasowa informująca o tym, że były szef Agencji Wywiadu  Zbigniew Siemiątkowski, najprawdopodobniej uniknie odpowiedzialności  za udział  w organizacji więzień CIA na naszym terytorium. Lakoniczny tekst informował dalej, że wszystko co w tej sprawie  wiadomo, to plotki i mało wiarygodne  przecieki,  nie poparte faktami  ze śledztwa . Dalej stało, że zarzuty wobec Siemiątkowskiego, co prawda sformułowane,  zostaną wkrótce wycofane.

Czytając ten krótki tekst uśmiechnąłem się przynajmniej kilka razy. Bawiły mnie poszczególne słowa i sformułowania. Najbardziej: „zostaną wycofane” i „fakty ze śledztwa”. Ten ostatni, to wspaniały związek frazeologiczny. Użyteczny, pomocny, ratujący z opresji różnej maści nieszczęśników. No właśnie, ratunek.  Zarzut zorganizowania nielegalnych więzień, w których wobec oskarżonych o terroryzm stosowano tzw. rozszerzone metody przesłuchań, to nie betka. Międzynarodowa awantura gwarantowana. Kilku wysokiej rangi polityków, nie tylko w Polsce,  z pewnością  dostałoby po głowie.  Ratunek nadszedł jednak w porę. Na Siemiątkowskiego nie ma kwitów. Znaczy są, ale zostaną „wycofane”. Jednak nie brak dowodów (chwilowy?) w tej oczywistej sprawie mnie rozbawił a zupełnie coś innego. Pomocną dłoń do Siemiątkowskiego, najprawdopodobniej wyciągnęli ci, którzy, mimo zmiennych mód i prądów politycznych za oceanem, zachowali elementarny poziom lojalności, bądź odezwał się w  nich instynkt samozachowawczy.
Tymczasem na naszym podwórku Zbigniew Siemiątkowski powinien wciąż stawać plecami do ściany i ani na moment nie tracić czujności, skupiając wzrok na towarzyszach niegdysiejszych działań.  Dlaczego? Siemiątkowski popełnił kardynalny grzech - grzech pychy. Ten  z kolei był fundamentem  jego decyzji. Kilka z nich  do dziś odbijają się ministrowi czkawką. Na naszym podwórku pewnych  rzeczy się nie wybacza  a kara jest nieuchronna.

Źródło  kłopotów....

 Na końcowym etapie swojej kariery Siemiątkowski, jako doświadczony i zasłużony polityk, najpierw  dla PZPR a potem dla SDPR i SLD, uznał, że jest na tyle zorientowany w niuansach wywiadowczej profesji, że może usiąść do dużej gry, jako poważny partner. Był  przecież zaufanym  A. Kwaśniewskiego, pracował w sejmowych komisjach do spraw służb specjalnych, kierował UOP, a  w końcu stanął na czele AW.
Po drugiej stronie miał jednak nie tylko polityków, ale profesjonalistów - świetnie wyszkolonych oficerów realizujących  konkretne zadania. Wśród nich była jedna z najbardziej obiecujących postaci życia publicznego z lewej strony sceny politycznej. Człowiek ten  swoją przygodę ze służbą wywiadu rozpoczął  jeszcze na studiach. Był inteligentny i perspektywiczny. Podróżował po świecie, kształcił się. Początkowo angażowany  był do małych spraw, powoli chłonął tajniki wiedzy operacyjnej. Stopniowo piął się po szczeblach kariery. Jego usytuowanie w sferze żywotnych interesów Polski dawało kontrolę jego protektorom nad tymi właśnie interesami. W pewnym momencie  uznano (przyszła taka konieczność?), że może wejść na dużą scenę. Wcześniej jednak formalność, ale  konieczna: Oświadczenie lustracyjne.  Góra  zapytuje więc AW, czy  w  archiwach znajdują się materiały mogące zakwestionować oświadczenie, które nasz bohater za chwilę złoży. Pyta, choć wie. Kwerenda. Komplet dokumentów ląduje na biurku Siemiątkowskiego. Papiery nie budzą wątpliwości. Wieloletnia służba, zadania, osiągnięcia. Słowem  - prymus. I tu zaczyna się higway to hell ministra S. Grzeszy pychą. Chce rozegrać partię po swojemu. Uwierzył we własną siłę.
Oficjalnie melduje więc, że  wszystko z papierami bohatera jest ok.,  to znaczy, że nie wypłyną , jednak nieoficjalnie chwali się, że pilnie studiuje jego teczkę, że wygląda to bardzo interesująco. Nielojalność, niesubordynacja.? Góra denerwuje się  i zachodzi w głowę: O co chodzi? Zwariował? Dlaczego nie zniszczył, nie schował tych dokumentów? Przecież powinien wiedzieć, że bardzo nam zależy na tym człowieku! Przecież mamy wobec niego  plany!  Samobójca polityczny, czy zdradził? Tak czy owak uznano, że Siemiątkowski przesadził. Tymczasem bohater  złożył  oświadczenie lustracyjne. Przeszło bez problemów.  No, ale ta zniewaga krwi wymaga. Walki frakcyjne są najkrwawsze.  Machina więc ruszyła.

Mimo, że w 2005 roku, po przegranych wyborach  Siemiątkowski uciekł z  linii strzału,  chroniąc się na Uniwersytecie,  w żaden sposób nie zatrzymało to wendety.

 Po kilku latach okazało się, że Siemiątkowski miał w domu dokumenty UOP, których w myśl prawa  nie powinien mieć.  No, ale jaki były szef służby wywiadowczej , czy kontrwywiadowczej nie ma takiej polisy? Tylko naiwni, bądź skrajni legaliści mogą uważać, że jest inaczej. Praktycy mają  swoje zdanie w tym temacie.
Być może Siemiątkowski był mało ostrożny? Nie spodziewał się nalotu na swoje mieszkanie? Po za tym, kto na niego doniósł?  Efekt -  postępowanie i sprawa sądowa. W pierwszej instancji Siemiątkowskiego uznano winnym.  Słusznie.
Wróciła  także stara sprawa zatrzymania przez UOP szefa Orlenu Andrzeja Modrzejewskiego w 2002 roku. Zatrzymanie było oczywiście skandaliczne. Odbyło się na godziny przed podpisaniem  długoletniego kontraktu na dostawy ropy do Orlenu. Wrażenie jakie powstało po tej akcji było jasne i uzasadnione. Siemiątkowskiemu, który kierował wówczas UOP – em  zarzucono przekroczenie uprawnień. W 2004 roku Z. Siemiątkowski podał się nawet do dymisji , ale ówczesny premier jej nie przyjął. Nie znalazł powodów. 2010 roku sprawa ponownie ożyła. Proces.

 Przyszła pora na grubą amunicje: Więzienia CIA w Polsce. Za takie przestępstwo kara musi być naprawdę dotkliwa. Za nielojalność płaci sie dotkliwie. 

 No, ale chwilowo coś jednak idzie nie tak. Jak się dowiadujemy zarzuty wobec byłego szefa AW będą wycofane.  Siemiątkowski musi jednak bardzo  uważać, aby nie stać się jedynym winnym, kozłem ofiarnym w gigantycznej międzynarodowej aferze. Zobaczymy jak się sprawa rozwinie, bo to, że się rozwinie jest raczej pewne. Z. Siemiątkowski z człowieka zaufanego w swoim środowisku stał się pariasem.  Cóż, obstawił nie tego konia. 
 A nasz bohater? Ma się dobrze. Działa. Stał się człowiekiem dużego formatu.

Tak więc czytając tekst o wycofaniu zarzutów wobec Siemiątkowskiego ubawiłem się setnie. Zabawna jest ta nasza rzeczywistość. 
   

czwartek, 31 stycznia 2013

bliskowschodni trop, czyli niebezpieczne zabawy


Science fiction, po raz kolejny muszę tak zacząć.

Zdaje się, że mamy duże doświadczenie w omijaniu różnego rodzaju barier i ograniczeń międzynarodowych. A to wyprać  trochę pieniędzy z FOZZ – u, a to wejść tylnymi drzwiami do   ONZ – towskiego systemu  Ropa za żywność, a  ostatnio być może  prześlizgnąć się przez zasieki sankcji nałożonych na  Iran. 

O  Iranie  i  kontaktach handlowych  chwilę , najpierw jednak kilka słów o Ropie za żywność.

 Dla tych, którzy nie wiedzą,  ONZ – towski program był złagodzeniem sankcji nałożonych na Irak po napaści na Kuwejt w 1990 roku.  Program rozpoczął się  w 1995 roku i trwał do 2003. Jego idea była prosta. Ściśle limitowane ilości ropy były sprzedawane a pieniądze z transakcji przeznaczane były na żywność i lekarstwa dla Irakijczyków. Z zysków  handlu ropą budowano także szkoły, szpitale i urzędy, itp.  Do obrotu ropą dopuszczane były tylko sprawdzone i pewne firmy. System przypominał trochę nasze  koncesje. Był to największy program jaki kiedykolwiek zrealizowała wspólnota międzynarodowa.
Pewien rzutki i pewny siebie polski biznesmen o nazwisku na C. postanowił ( jak przekonuje) znaleźć się w tym programie. Pojechał do Iraku jako przedstawiciel pewnego polskiego koncerny naftowego. Tak zeznał w śledztwie. C. utrzymywał  także, że zrobił to na polecenie dwóch wysokiej rangi generałów ABW. Tak się składa, że w tym czasie obydwoje pełnili najwyższe funkcje kierownicze  w Agencji.  W Iraku C. spotkał się z kim trzeba, porozmawiał i wrócił. Zaraz potem jego polska firma „V” urosła do wielkich rozmiarów  stając się ważnym podmiotem  polskiego handlu paliwami. C.  woził się  drogimi samochodami i chełpił przyjaźniami na ze szczytów polityki i służb. Jego ulubionym miejscem wypadów i spotkań był pewien ekskluzywny i znany  hotel w Szczyrku. Tak się składa, że hotel ten kupił wówczas  pewien  szanowany biznesmen o nazwisku na P., który  prawdopodobnie przez przypadek, lub przez złośliwych  nazywany był mafijnym bossem. Boss ten znany był, między innymi z tego, że niegdyś bardzo przyjaźnił się z Ireneuszem Sekułą.  W dniu w którym Sekuła kilka razy strzelił sobie w pierś wcześniej odwiedził naszego biznesmena P. ,w jego warszawskim biurze. Znane są  informacje o wzajemnych interesach i rozliczeniach P. i Sekuły.
Na spotkaniach w Szczyrku, oprócz C. i  P.   bywali także inni  ciekawi ludzie. I to nie koniecznie z kręgów stricte biznesowych. Widywano tam kilku znanych z gazet i telewizji generałów. Nie zdziwiłem się specjalnie, kiedy odkryłem, że firma powiązana z biznesmen o nazwisku na P. stała się   dostawcą ropy do jednej z rafinerii na południu Polski. Rafineria ta należy do koncernu, w którego imieniu w Iraku bywał biznesmen o  nazwisku na C.  Kiedy okazało się , że C. jest podejrzany o gigantyczne przestępstwa paliowo - skarbowe generałowie błyskawicznie odsunęli się od niego. Nie pomogły prośby i szantaże. Mie pomogło zatrudnienie speca – tego najważniejszego  od wizerunku. C stał się Czarnym Piotrusiem. Co prawda generałowie ABW przyznawali się do znajomości z C. ale na tym ich relacje  miały się kończyć.   Prokuratura oskarżyła C. o handel na masową skalę fałszowanym paliwem, pochodzącym głównie z rafinerii na południu Polski oraz o przestępstwa skarbowe idące w miliony. Pikanterii sprawie dodawał fakt , że zatrzymania dokonywali funkcjonariusze ABW. Jakiś czas później ustaliłem na dokumentach, że firma „V”  należąca do C. była wprzęgnięta w system międzynarodowego prania brudnych pieniędzy, którego jednym z głównych zarządców był człowiek ściśle powiązany z rosyjska mafią sołncewską, kierowaną przez Siemiona Mogilewicza. Cześć przestępczych operacji dokonywano w polskich bankach.

Kiedy po zakończeniu programu Ropa za żywność zaczęto podsumowywać i rozliczać jego efekty, okazało się , że system nie był szczelny. Spora cześć ropy wyeksportowanej z Iraku omijała zasady programu. Krótko mówiąc, wiele firm handlowało iracką ropą podszywając się pod program, w rzeczywistości nie mając z nim nic wspólnego.  Ktoś jednak musiał ten nielegalny system zorganizować i zacierać ślady. Podejrzenie padło na jednego z prawników pracujących dla ONZ. Śledztwo wskazywało że, to on pomagał firmom dostać się  „ źródełka „ i obchodzić wszelkie zabezpieczenia programu. Ostatecznie jednak nie skazano go.

I teraz ostatni część układanki.

Kiedy w 2010 roku,  po raz kolejny postanowiłem przyjrzeć się dostawom ropy do Polski, zorientowałem się, że ropę do Orlenu dostarcza przeciekawa firma, powiązana z jeszcze ciekawszymi ludźmi pochodzącymi z jednej  z rosyjskich republik. W skali jeden do dziesięciu należy dać tym ludziom  dziesiątkę.  Liga światowa.  Polscy P, i im podobni, to przy nich przedszkole.  Mówiono (może to plotki), że właściciele firmy zorganizowali sieć czegoś na kształt prywatnych gułagów, w których przetrzymywali, między innymi Czeczeńców i innych, którzy narazili się Kremlowi.  Kilku dziennikarzy kiedyś  pisało o tym, ale żaden po swoich publikacjach nie chciał o tym rozmawiać. Wszyscy bali się . Firma zarejestrowana była w Szwajcarii a jej biuro stanowiła skrytka pocztowa i szuflada w kancelarii prawnej. Kiedy pogrzebałem głębiej, okazało się , że pełnomocnikiem  firmy dostarczającą lwią cześć ropy do Polski jest ów prawnik pojawiający się w śledztwie w sprawie nieprawidłowości w programie Ropa za żywność.   W  naszym kraju jej interesy reprezentował człowiek zeznający kiedyś przed sejmową komisją śledczą do spraw Orlenu  w wątku nielegalnych prowizji w handlu ropą.  Sprawa wielce ciekawa. Kończąc ten wątek powiem tylko, że nie udało mi się wyemitować tego materiału.

A teraz Iran.

Byłem zdziwiony, nawet bardzo, kiedy dowiedziałem się, że na Mazurach szkoli się członków Hamasu. Chodzi nie o  szkolenia które odbywały się  w latach  70 tych, czy 80 – tych, ale o te , które przeprowadza się obecnie. Przecież to wbrew logice, wbrew naszym interesom,  kierunkom i zobowiązaniom. Chyba, ze się mylę, że to bardziej złożona gra i kombinacja. Zakładam także i to.
Czy mam także przyjąć podobne założenie w sprawie zastanawiających informacji o  handlu z Iranem?  Czy możliwe jest, aby asystent członka polskiego rządu był powiązany z  firmą , która uczestniczy w handlu z irańskimi podmiotami?  Handel ten miałby obejmować tzw. materiały podwójnego zastosowania, takie jak części samolotowe, tzw. sztuczną skórę, ampułki – zastrzyki  przydatne w krytycznych stanach organizmu. Podwójne zastosowanie tych przedmiotów jest oczywiste. Jeśli tak to jest to pogwałcenie wielu międzynarodowych postanowień, a przynajmniej moralnie bardzo wątpliwe.  Czy to możliwe? Chcę wierzyć, że nie.    

środa, 23 stycznia 2013

ciekawe kontakty A.Leppera, czyli sytuacja modelowa

Science fiction, tak rozpocznę.

Andrzej Lepper ostatecznie i  nieodwołalnie popełnił samobójstwo. Do takiego wniosku doszedł prokurator prowadzący sprawę. Zaraz później umorzył dochodzenie i sprzątnął biurko. Tak więc  Lepper powiesił się na sznurku od snopowiązałki w warszawskim biurze Samoobrony , bo miał długi, był przegrany jako polityk i, w ogóle miał kiepski okres. Mniemam więc, że  umarzając sprawę prokurator  nie zapuścił się zbyt  daleko w kwestie podejrzanych kontaktów A. Leppera na Białorusi, prawdopodobnie istotne dla sprawy irackie kontakty szefa Samoobrony   pozostaną nie wyjaśnione, także  fakt zainteresowania działalnością szefa polskiej partii przez austriackie (niemieckie?) służby,   prawdopodobnie pozostanie niewyjaśniony.  Prokurator zrobił to, co potrafił, zrobił to,  co mógł.

Rolą dziennikarzy nie jest wyręczanie prokuratury, więc nie zamierzam tego robić. Chcę jedynie  opisać pewną historię, która dotyczy zmarłego wicepremiera a która wpisuje się w szerszy kontekst działań służb specjalnych w Polsce. Niestety, opowieść wymaga kilku dłuższych zdań wstępu.

  Kilka lat temu, zajmując się tzw. mafią paliwową  posiadłem dosyć rozległa wiedzę na temat mechanizmów nią kierujących. Upraszczając opowieść, mechanizmy te sprowadzały się w zasadzie do kontroli tej organizacji przez polskie służby specjalne i kilku  wysokiej rangi polityków. Najwięksi, tak zwani baronowie paliwowi wykonywali rozkazy płynące z delegatur jednej  ze służb a od strony organizacyjnej i prawnej mieli krycie urzędniczo - polityczne. Interes kręcił się latami a zyski szły w miliardy. Co prawda kilku baronów poszło na chwilę do więzienia, ale większość z nich jest już na wolności. Kiedy śledziłem tę przestępczą organizację dotarłem do punktu, w którym  tak naprawdę najistotniejszą kwestią stała się odpowiedź na pytanie: Kto i jak kontroluje dostawy surowca do Polski?  Okazało się, że system wyglądał ( wciąż tak jest ?) następująco:  Mimo, że formalnie ropę do kraju dostarczało kilka firm, to w rzeczywistości była to jedna grupa ludzi , która rozdawała „frukty”  - dopuszczała do biznesu, w zależności od konieczności i bieżącego układu politycznego( personalnego). Pomimo tego, że formalnie firmy były odrębnymi bytami gospodarczymi, to rachunek w banku miały ten sam (konkretnie subkonto - taka sytuacja miała miejsce w przypadku dwóch największych firm dostarczających ropę). Krótko mówiąc, całość dostaw kontrolowali ludzie związani z służbami cywilnymi. Wątek ukraiński sprawy wciąż jest bardzo ciekawy.
 Układ był zabetonowany, wydawało się,  na lata. Jednak kilku cwaniaków powiązanych z konkurencyjną służbą próbowało rozmontować system. Baronowie paliwowi z krajowego podwórka i ich profesjonalnie wyszkolenie mocodawcy mieli zdecydowanie większe ambicje. Również oni chcieli zarabiać na dostawach, bo dostawy ropy, to gigantyczny interes a pieniądze z niego można pożytkować przecież w rozmaity sposób, także -  a może przede wszystkim w polityce. Co prawda zyski z lewego handlu paliwami były pokaźne, prace nad powołaniem i sfinansowaniem nowej partii politycznej zostały zainicjowane a do szkolenia przyszłych polityków wynajęty największy krajowy ekspert od tych spraw, to jednak wszystko to  nie zaspokajało apetytów. Tymczasem ropa  do Polski płynie ze Wschodu i aby się do niej dobrać trzeba znaleźć się  w kręgu zaufanych gospodarzy Kremla.
Tak wiec, kiedy kilka lat temu Władimir Putin  po raz pierwszy odwiedził Polskę, zawitał także do Poznania. Po części oficjalnej  przyszła pora na nieformalną. Na jednym z  zamkniętym dla prasy spotkań  W. Putin podjął kilku wybranych polskich biznesmenów. Wśród nich był jeden z największych baronów paliwowych  w kraju, niejaki G., którego kilka lat później  prokuratora oskarżyła  o przestępstwa paliwowe na setki milionów złotych.  Tak czy owak, niedługo po tym spotkaniu „biznesmen G.” wsiadł do samolotu, poleciał do Moskwy i spotkał się generałem  o przyjemnie brzmiącym pseudonimie „Mały Kreml”. „Mały Kreml”, był przepustką, bramką  do wielkiego energetycznego biznesu. Dzięki jego wsparciu, bądź rekomendacji można było wejść do kręgu zaufanych w intratnym biznesie. „Biznesmen G.” najwyraźniej pomyślnie przeszedł sprawdzenie i  „Mały Kreml”  namaścił go na importera. Teraz można było zacząć rozkręcać złoty interes.
Wszystko szło świetnie, aż do momentu, w którym  z rozmachem realizowane plany popsuł pewien ambitny i  wyjątkowo niesforny prokurator. Zrobił to z pomocą  swojego równie niesfornego przyjaciela z tej samej krakowskiej prokuratury apelacyjnej. Jak gdyby  nigdy nic, prokurator  zamknął „biznesmena G.” i jego dwóch wspólników  do więzienia ( zanim to się stało, „biznesmen G.” został ostrzeżony przed aresztowaniem i uciekła do Hiszpanii. Ostatecznie jednak, po kilku miesiącach  wylądował za kratkami).
Zapanował konsternacja a później szaleńcza furia, która miał zniszczyć prokuratora i kierowany przez niego zespół  (mniej więcej w tym czasie e powstała  sejmowa komisja śledcza ds. Orlenu przed którą zeznawał wspólnik „biznesmenaG” J.B.). Kilka  prowokacji, seria  prasowych enuncjacji oraz  PR - owych posunięć  i w zasadzie udało się . Prokurator stracił możliwość realnego działania. W całej akcji przeciwko prokuratorowi (i jego współpracownikom) brało udział kilka znanych dziś osób z kręgu polityki. Ostatecznie, w sensie prawnym „biznesmenowi G” i jego dwóm wspólnikom niewiele zrobiono, jednak dzięki działalności prokuratorów  G.  stracił zaufanie  i z wielkiej gry  wypadł  na dobre.  

Wracamy do wątku A. Leppera. Zastanawiało mnie dlaczego właśnie w Poznaniu doszło do spotkania W. Putina z kwiatem (J)polskiego biznesu? Może to dziwne pytanie, jednak jakoś wciąż mnie nurtowało.
Kolejny skrót. Otóż po wielu działaniach, o których nie chcę w tym miejscu pisać udało się ustalić, że właśnie w Poznaniu działała jedna z ciekawszych siatek  ludzi pracujących dla Rosjan. Wśród nich był pewien  analityk rosyjskiego pochodzenia, oficjalnie prowadzący firmę zajmującą się jakimś tam consultingiem. Analityk ten  sformułował niebezpieczną dla nas a niezwykle interesującą dla Rosjan technikę i taktykę  przejmowania polskiego sektora energetycznego i petrochemicznego. W wielkim skrócie polegała ona na „ustawianiu” w naszym kraju firm -  słupów, które przy wsparciu rosyjskich „ partnerów” wchodziłyby w system dostaw surowców do naszego kraju. Cześć z tych dostaw miała być  realizowana w systemie kredytowym. Tak powstałe długi ( świadomie i przy udziale ludzi kierującymi np. rafineriami) zamieniano by następnie na udziały w zadłużonych spółkach. System oczywiście był bardziej wyrafinowany niż go tu opisuję, jednak idea, w zasadzie była właśnie  taka.    W systemie  ważną rolę miała odgrywać firma  „biznesmena G.” i jego wspólników.
 Prawnikiem   wspólnika   „biznesmena G.” , był pewien katowicki adwokat.  Tak się składa, że  swego czasu adwokat ten był także jednym  z najważniejszych ludzi w „Samoobronie” i prawą ręką A. Leppera. Jego pomysł, to między innymi  słynne Centrum Informacji Aferalnej. Według dobrze poinformowanych źródeł  A. Lepper szykował go nawet na ministra sprawiedliwości. Mimo, że adwokat nie był posłem i członkiem komisji ds. specsłużb,  miła przepustkę, dzięki  której,  bez przeszkód wchodził  na posiedzenia komisji. Oficjalnie, jako doradca. Kiedyś zapytałem go o ten fakt. Z rozbrajającą szczerością odpowiedział, mi, że przewodniczący może wszystko załatwić. Kariera adwokata została gwałtownie przerwana. W  ramach wielkiego paliwowego śledztwa , które zapoczątkował krakowski prokurator także i adwokat trafił za kratki. Kiedy siedział w areszcie spotkałem się z jego żoną. Umówiłem się z nią na  spotkanie na jednej z katowickich stacji benzynowych. Chciałem dowiedzieć się czegoś więcej. Kobieta nie miała bladego pojęcia o co chodzi w sprawie jej męża. Wspominała coś o podejrzanych wizytach męża i A. Leppera w Kaliningradzie , ale nie potrafiła powiedzieć nic konkretnego. Sprawiała wrażenie zdezorientowanej i przerażonej. Przekazała mi jednak list od  męża, w którym pisał, że jest niewinny a  cała sprawa to zemsta i element gry .  Nic konkretnego.

Cofnijmy się jednak w czasie.

Kilka lat temu nasze służby zwerbowały do współpracy właściciela podpoznańskiego ośrodka wypoczynkowego. Tak się składa, że pensjonat ten był ulubionym miejscem spotkań kilku Rosjan. Rosjanin ci z kolei byli bardzo interesujący dla polskich służb. Właściciel ośrodka  stał się więc nieocenionym współpracownikiem. Pewnego razu właściciel pensjonatu  poinformował oficera  prowadzącego, że ośrodek zaczął odwiedzać A. Lepper.  Obserwacja przyniosła nieoczekiwane efekty. Okazało się, że w ustronnym ośrodku A. Lepper spotykał się rosyjskimi dyplomatami. Według meldunków, podczas jednego ze spotkań  dyplomata  przekazał Lepperowi pieniądze. Podobne spotkania i darowizny miały miejsce jeszcze kilka razy.  Potem z Lepperem spotykali się juz Białorusini (to chyba tak praktyka?).Meldunki w  sprawie spotkań naszego polityka z przedstawicielami rosyjskich i białoruskich służb  trafiły oczywiście do centrali. Na polecenie osoby nadzorującej tego typu sprawy wszystkie meldunki, w zalakowanej kopercie zamiast do analizy i realizacji  trafiły do archiwum. Kariera szefa Samoobrony mogła dalej rozwijać się bez przeszkód. A potem to już wiemy jak się wszystko potoczyło. Klewki, koalicja, nagrania Beggerowej,  raport z likwidacji itp.  Zachodzi więc pytanie, dlaczego nikt  nic nie zrobił z  wiedzą o niedozwolonych kontaktach przyszłego wicepremiera polskiego rządu?  Czy wiedza ta była komuś na rękę, stała się elementem nacisków i szantażu wobec Leppera? Jeśli tak, to mam nadzieję, że w słusznej sprawie. W polskiej sprawie.  Śledząc jednak poczynania Leppera jako polityka nie mam stu procentowej pewności.   Czy Firma "biznesmana G." miała być wehikułem, który dostarczał niezbednych finansów do budowy  odpowiedniej pozycji i znaczenia partii Samoobrona a także jej lidera? Kto zadecydował o tym aby, de facto ukryć raporty o podejrzanych spotkaniach i nielegalnym finansowaniu? Mam w tym temcie intuicję  i jeśli mnie nie zawodzi to , osoba ta przewija się także w inneym  temacie. To słynna sprawa „Profesora”, o której pisał kiedyś w swojej książce były agent rosyjskiej SWR. To sprawa rosyjskiego agenta w szeregach polskiej służby. Widzę także inne powiązania tej osoby. Tym razem,  z pewnym nieudolnym, ale popularnym obecnie polskim  pisarzem, który jeszcze zanim został pisarzem, był  istotną  personą   w kontaktach   z towarzyszami z Petersburga i  Moskwy. 

wtorek, 8 stycznia 2013

Służba nie drużba, czyli koniec Bonda.


Kilka tygodni temu napisałem o konieczności głębokich zmian w polskich służbach. Nie byłem i nie jestem w tym temacie wyjątkowy. Jednak formułując, ten zgoła ogólny postulat oparłem go o konkretne przykłady dźwigające tezę. I nagle  stało się.
Premier odstawił Bonda na boczny tor.  Tak zwana opinia publiczna dostała  lakoniczny komunikat  o rejtanowskim geście generała, który nie godząc  się na  minimalizowanie  ABW odszedł. Opinia kupiła, nie kupiła , nie ważne. Wersja jest jedna i tej rząd  się trzyma. Gdzie niegdzie słychać cichutkie głosy, że „rezygnacja” Bonda, to element akcji skręcania  afer, których Bond nie chciał zamieść pod dywan.  Docierają do mnie informacje o aferach w sektorze energetycznym, wielomilionowych defraudacjach, wyprowadzenia pieniędzy, podejrzane kontrakty a w tle chrapka na prywatyzację sektora (choćby częściową)  według konkretnego scenariusza. Czy to było przyczyną odsunięcia szefa ABW? Nie  sądzę. Najczęściej, jako przyczynę odstawienia Bonda wskazuje się  aferę z Amber Gold. Ponoć to ta kropla  przelała czarę goryczy premiera.

Czy aby na pewno? Tu także mam wątpliwości. 

Czy generał Bondaryk, doświadczony i zaprawiony w różnych grach oficer mógł popełnić taki szkolny błąd? Mógł przeoczyć działalność AG, nie mieć swoich ludzi w środku tego  milionowego biznesu?  Czy zapomniał  poinformować  szefa na czas o tym, że to przedsięwzięcie może być zwykłą piramidą finansową ? Czy myślał ( działał na zamówienie?), że afera AG przewróci premiera i rząd? Jeśli tak, to pewnie w głębi duszy musi uważać się, za polskiego Hoovera. Coś mi tu jednak nie pasuje, coś się nie składa w tym wątku. Myślę sobie, a w zasadzie to mam pewność, że  działalność AG od początku do końca nie stanowiła zagadki dla ABW. Nigdy nie było problemu z analizą, z informacjami, a co więcej, z wiarygodnymi źródłami informacji umiejscowionymi w samym środku tego biznesu. Nie było także problemu z raportowaniem. Pisałem   o tym już wcześniej. Stąd konkluzja, że  to nie ABW rozgrywała główną partię w tej grze. To nie ludzie Bonda ustawili  pionki na  szachownicy i to nie jego ludzie nimi grali. Wiele wskazuje na to, że  wystąpili w roli nieświadomych statystów.
Czy Bond połapał się zbyt późno, że koledzy  rozegrali go perfekcyjnie?  Koledzy z  instytucji, która w nazwie również ma słowo agencja. Tak więc ludzie tej Agencji postanowili upiec kilka  pieczeni na ogniu AG –  biznesy prywatyzacyjne, zalegające w magazynach złoto i takie tam inne. Kiedy skończyli, AG szlag trafił. Ale nie od razu. Interes od początku obliczony był na  szybki, ale konkretny  strzał. Kiedy ten cel został zrealizowany, ustawiono kolejną grę. Teraz grano o konkretne efekty polityczne i przy okazji o absolutną dominację na podwórku służb. Tak na marginesie, dziwne to wszystko, bo kto jak kto, ale Bond powinien wiedzieć, że w obrocie złotem nie ma żartówJ.

 Stare amerykańskie przysłowie mówi, że  albo siedzisz przy stole , albo jesteś w menu. Bond sądził,  że siedzi przy suto zastawionym stole, tymczasem wjechał na niego jako danie główne. Główne, lecz nie jedyne. Teraz kolej na inne służby. Słyszymy już o zmianach w elitarnym CBŚ.  Reset? Jak napisałem w pierwszych zdaniach, bardzo potrzebny.

Mam jednak wątpliwości  czy kierunek zmian jest odpowiedni? Widzę to tak. Jedna opcja zwyciężyła. Ludzie z nią związani okazali się  bardziej przemyślni a ich kombinacja bardziej złożona i skuteczna. Grali też o inną stawkę.  O jaką, napiszę innym razem. Jeśli  premier podjął decyzję o zmianach, to powinny one  przebiegać we wszystkich kierunkach, a nie tylko w tym wskazanym przez ludzi z wymienionej  Agencji? (Takie postawienie tezy i wskazanie  podmiotu nakazuje logika). Czy aby na pewno w  łonie tej Agencji wszystko gra? Czy można ufać ludziom, którzy zatajali niezwykle ważne informacje w najważniejszym dla nas śledztwie?

 Co stało się z pracownikiem (oficerem pod przykryciem dyplomaty w Moskwie) tej Agencji , który dzień po katastrofie TU 154 został dotkliwie pobity w Smoleńsku przez nieznanych sprawców. Opinia publiczna nic o tym nie wie. Nie wie także,  że skradziono mu  dokumenty  i aparat fotograficzny na którego karcie zapisanych było kilkaset zdjęć rządowego samolotu, zrobionych tuż po katastrofie? Ten incydent dotyczył przecież dyplomaty, a jednak nikt nic o tym nie wie. Co robi dziś ten człowiek i jakie rozkazy otrzymał od przełożonych po tym zajściu? Ostatecznie dokumenty (po niesamowitym śledztwie) odnalazły się. Komendant smoleńskiej policji (sic!) znalazł je w przydrożnym rowie. Aparat ze zdjęciami przepadł.

 Jeśli te i inne informacje o których pisałem  w oficjalnym rozumieniu nie ujrzały światła dziennego, to rodzi się proste pytanie: Dlaczego? Oczywiście szefostwo Agencji wykonuje rozkazy, podlega zwierzchnictwu. Reglamentowanie informacji może mieć więc trojaki charakter: jest samowolą,   szefowie agencji wykonują rozkazy zwierzchników i trzeci, który na wstępie wykluczam, są debilami. W pierwszym przypadku, w warunkach państwa prawa mamy  do czynienia ze skandalem. Drugi, w mojej opinii jest poważniejszy. Skandalowi towarzyszyć bowiem  może strach. Ktoś, kto z jakichś powodów wydał taki rozkaz, w tej samej chwili stał się  zakładnikiem przyjmującego polecenie. Czy strach jest fundamentem tego pozornego zaufania które otrzymuje ostatni Agencja?  Jest też inna możliwość. Wojna na górze. Wojna totalna i na wyniszczenie w której Agencja jest nieocenionym sojusznikiem. Nie tylko na polskm odcinku. Pożyjemy, popiszemy.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

pijany generał Błasik


Z dużym zainteresowaniem obejrzałem konferencję prasową premiera Tuska, na której zapowiedział zmiany w służbach specjalnych. W skrócie, premier powiedział, że odbierze   cześć uprawnień ABW i przekaże je innym (innej) służbom. Szczególnie zaciekawiły mnie  dwa  zdania, które rzucił Donald Tusk. Mianowicie, że paląca potrzeba reformy w pierwszej kolejności dotyczy właśnie ABW. Co do innych służb, potrzeba ta jest nieco  mniejsza. Dodał także, że do końca roku powstaną plany reorganizacji ABW, po to, aby sytuacje, takie jak  afera Amber Gold nie powtórzyły się w przyszłości.  Ciekawe. 

Panie premierze, a może, jeśli podjął pan decyzję  o reformie, to reformować głębiej i szerzej, bo wydaje się, że „paląca potrzeba” reformy dotyczy nie tylko ABW.
Za chwilę  podam kilka faktów na  potwierdzenie tych słów, wcześniej jednak mała lecz konieczna dygresja.

Mam określony stosunek do mediów społecznościowych – pominę szczegóły , nie chcę się denerwować. Podobne uczucia towarzyszą mi, gdy myślę o internetowej publicystyce  -  parodia, fanfaronada, częściej zwyczajne dno.  Więcej z tym wszystkim  problemów i szkody niż pożytku, bo zalew dezinformacji i anonimowych wrzutek w istotnych tematach  jest aż nadto widoczny. 

W tym blogu nie chcę więc pisać z ornamentami, używając trudnych, zapomnianych słów. Wystrzegam się przymiotników, ręka drży przy wielkich słowach.  Gdybym jednak zaczął ( dla zabawy i perwersyjnej grafomańskiej przyjemności )  płodzić teksty oparte na wyróżnikach , które przed chwilą  wskazałem, myślę, że, najdalej  po drugim  zarzuciłbym to zajęcie. Dlaczego? Wyjaśnię. Otóż od komentowania faktów i rzeczywistości wokół nich powstałej zdecydowanie wolę same fakty. Nie interesują mnie interpretacyjne harce, mniej lub bardziej udane intelektualne wynurzenia. Drażnią   kontestacje oparte na przekonaniu o własnej wielkości.  Od tego są inni. Ja wolę zdobywać informację. Wolę przedstawiać i odsłaniać, niż być widzem skazanym na (często naiwną)  wiarę. Do własnych ustaleń mam zaufanie. Z nich, bez z nadmiernego ryzyka mogę próbować składać  obraz interesujących mnie spraw.  Mówi się, że z  faktami się nie dyskutuje. Na potrzeby tego tekstu mogę przytoczyć jeszcze kilka oczywistości o faktach, ale ograniczę się do następującej: Fakty podlegają analizie.

Fakty - to powód dla którego powstał ten blog. 

 Koniec dygresji.   

Pewnie długo pamiętać będziemy burzę jaka  wybuchła po konferencji (ręka zadrżała przy słowie spektakl) prasowej, na której generał T. Anodina, reprezentująca  MAK oznajmił światu, że podczas lądowania rządowego TU na lotnisku  Siewiernyj pod Smoleńskiem,  polscy piloci,  bojąc się prezydenta,  (prawdopodobnie  wbrew sobie)  wykonywali  rozkazy pijanego  generała Błasika, co doprowadziło do tragedii.  Ile warte były te informacje, dziś już chyba wiemy.  Po co więc przedstawiciele MAC – u, poważni i, jak zakładam rozumni Rosjanie, zaprezentowali tę informację?  Jaką wagę miała ( ma ) ta informacja?  Mogę oczywiście zbudować model teoretyczny i spróbować wyjaśnić to posunięcie, jednak wolę  posłużyć się  faktami.  

 Będąc na miejscu katastrofy nieustannie szukałem możliwości przedostania się za kordon rosyjskich służb i wojska, które szczelni odgrodziły lotnisko od dziennikarzy i gapiów.  Wpadłem na bezczelny pomysł. Poprosiłem współpracowniczkę  , która towarzyszyła mi w Rosji w charakterze tłumacza  aby zadzwoniła do Moskwy, do urzędnika   ministerstwa spraw nadzwyczajnych i w ostrych słowach poinformowała go, że reprezentujemy polską telewizje i , że mimo obietnicy  moskiewskiej prokuratury , którą otrzymaliśmy kilka godzin temu, służby w Smoleńsku    nie chcą nas wpuścić na teren lotniska. Prymitywny blef, ale o dziwo poskutkował. Po chwili, jeden z rosyjskich prokuratorów przyszedł pod bramę lotniska,  wykrzyczał nasze nazwiska a my czym prędzej przybiegliśmy do niego. Pokazaliśmy nasze dokumenty. Prokurator odgiął drut, który służył za kłódkę i wpuścił nas na teren lotniska Siewiernyj. Wśród dziennikarzy zawrzało. To zrozumiałe, bo wszyscy chcieli być na naszym miejscu i każdy chciał mieć zdjęcia z samego centrum katastrofy.  Pierwsze zdjęcia z tego terenu, które trafiły do Polski  były efektem właśnie tego blefu. Tak czy owak znaleźliśmy się po drugiej stronie. Operator zaczął kręcić a ja rozejrzawszy się poszedłem w miejsce, gdzie znajdowali się przedstawiciele naszych i rosyjskich służb.  Były to teren, na którym rozbito duże wojskowe namioty a przed nimi ustawiono kilka  długich stołów.  Namioty i stoły odgrodzone były od reszty terenu rozpiętą na drewnianych palikach kolorową taśmą. Na stołach układano to, co znaleziono w rumowisku. Śledczy krzątali  się przy stołach segregując  przedmioty należących do ofiar. Widok ten nie należał do najprzyjemniejszych. Buty, torebki, marynarki, mundury, telefony. Wszystko ubłocone, zniszczone.  Obserwowałem jak posegregowane rzeczy trafiały do foliowych worków, które następnie  zabierali Rosjanie. Kilkadziesiąt metrów za namiotami ciężki sprzęt budowlany szarpał wrak Tupolewa. Mówiono, że wciąż szukają ciał. Kiedy przyglądałem się temu wszystkiemu, do jednego z naszych przedstawicieli ( był w mundurze z polską flagą na ramieniu) podszedł ktoś z rosyjskich służb.   Prokurator? Ubrany był w  zwyczajne, cywilne ciuchy. Towarzyszyła mu jeszcze jedna osoba. Mężczyzna. Stałem może 20 metrów od nich. Rosjanin wyjął teczkę spod pachy a z niej  kilka kartek. Część zapełniona drukiem , cześć zapisana pismem odręcznym. Zainteresowany podszedłem bliżej. Szybko zrozumiałem się, że trzecia osoba ta to tłumacz. Wszyscy usiedli przy jednym ze stołów przed namiotem. Rosjanin odczytywał tłumaczowi  kolejne zdania  a ten, po polsku dyktował jej naszemu przedstawicielowi, który z kolei skrupulatnie wszystko notował. Zorientowałem się , że tłumaczone dokumenty to wyniki badań krwi ofiar i wstępne oględziny miejsca katastrofy a w zasadzie kwestie dotyczące szczegółów położenia kabiny pilotów. Stanąłem na tyle blisko, że słyszałem każde ich słowo. Moja obecność jeszcze nikogo nie niepokoiła , być może brano mnie za osobę pracują na miejscu katastrofy?

 Z tłumaczonej treści jasno wynikało kilka  kwestii.

Po pierwsze:
Rosjanin odczytał tekst mówiący o tym, że z oględzin, których dokonano na miejscu katastrofy  wynikało jasno, że w kabinie pilotów nie było  osób trzecich. Nie potrafię powiedzieć skąd Rosjanin miał te informacje.  Nie wiem też na ile ten stan rzeczy mógł ulec zmianie i czy w następnych dniach  pojawiły się informacje przeczące temu co  usłyszałem. 

Po drugie: Ten sam Rosjanin odczytał fragment dotyczący obecności alkoholu we  krwi  ofiar katastrofy. Jasno wynikało z niego, że żadna z osób będących w kabinie pilotów nie piła alkoholu w dniu katastrofy . Nikt nie był także pod wpływem substancji odurzających.  Nikt, to znaczy, że generał Błasik także. I w tym przypadku również  nie wiem czy badania te były ostatnimi i czy kilka dni później kolejne  badania ( zaznaczam – jeśli były) nie przyniosły innych wyników?

Nie wiem jak obszerny i co jeszcze zawierał dokument odczytywany przez Rosjanina. Nie wiem, bo kiedy Rosjanin zorientował się, że nasłuchuje, przestał czytać i  wskazując palcem zapytał o mnie polskiego śledczego. Skracając opowieść, napiszę, że zaraz potem, wraz z operatorem, tłumaczką i współpracownikiem zostaliśmy wyprowadzeni  z terenu lotniska. Nie pomogły żadne argumenty. 

Tak więc dzień po katastrofie polscy śledczy otrzymali informacje, które diametralnie odbiegały od tego, co na słynnej konferencji prasowej przedstawiła T. Anodina.  Rzeczywistośc dzień po katastrofie bardzo rózniła się od tej narysowanej prze ekspertów Maku - u. Jak to możliwe?  

Czy sytuacja  zastana na miejscu katastrofy przez rosyjskie i polskie służby mogła wyglądać w taki sposób, że nastręczała trudności nawet w ogólnym  opisie i pobieżnej analizie? Czy jednym razem śledczy wykluczali obecność osób trzecich w kabinie a innym  jednak dostrzegali ich ślady? Czy pierwsze badanie krwi obarczone było błędem, który spowodował jego zakwestionowanie i konieczność ponownej analizy, która tym razem wykazała alkohol w ciele generała Błasika?  Te pytania rodzą kolejne: Czy general wogóle był w kabinie pilotów?
 Podążając takim tokiem myślenia należy przyjąć, że żadne badanie nigdy nie da pewności ani żadnej pewnej odpowiedzi, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto podważy metodę, bądź okoliczności ,w których przeprowadzono  badanie. Takie założenie to przecież kompletny nonsens.
Jeśli więc zdajemy sobie sprawę ,że to nonsens, to w takim razie jaki tok myślenia przyświecał śledczym z MAK – u prezentującym swoje ustalenia? Czego jak czego, ale inteligencji nie można im odmówić.  

Stając na polskim gruncie śledztwa  zadam  pytania: 

1.     Czy protokół, który sporządził polski śledczy znajduje się w aktach polskiego śledztwa w sprawie katastrofy Tu154? 

2.     Czy komisja J. Millera znała ten dokument? 

3.     Jeśli nie ma go w aktach a członkowie rządowej komisji  również o nim nie wiedzieli, pojawia się pytanie: Dlaczego? I kolejne: Co się stało z tym dokumentem? 
4. Jesli jednak dokument jest znany, to dlaczego nie został pokazany opinii publicznej jako argument przeciw oskarżenim ze strony MAK - u?

Jeśli na postawione  pytania odpowiedź brzmi „nie”, bądź „nie wiem”,
 to zdaje się, że mamy problem, panie premierze.  Wygląda na to, że ktoś kręci najważniejszym śledztwem w tym kraju.  Kto? Odpowiedź z gatunku oczywistych.  

Po konferencji prasowej w sprawie reorganizacji ABW odniosłem wrażenie, że premier szczególnie ciepło myśli o jednej z naszych służb, której  zamierza  powierzyć większość zadań odebranych w przyszłości Agencji Bezpieczeństwa. Powstrzymam się od  komentarza. Wrócę do postulatu reform.