środa, 23 stycznia 2013

ciekawe kontakty A.Leppera, czyli sytuacja modelowa

Science fiction, tak rozpocznę.

Andrzej Lepper ostatecznie i  nieodwołalnie popełnił samobójstwo. Do takiego wniosku doszedł prokurator prowadzący sprawę. Zaraz później umorzył dochodzenie i sprzątnął biurko. Tak więc  Lepper powiesił się na sznurku od snopowiązałki w warszawskim biurze Samoobrony , bo miał długi, był przegrany jako polityk i, w ogóle miał kiepski okres. Mniemam więc, że  umarzając sprawę prokurator  nie zapuścił się zbyt  daleko w kwestie podejrzanych kontaktów A. Leppera na Białorusi, prawdopodobnie istotne dla sprawy irackie kontakty szefa Samoobrony   pozostaną nie wyjaśnione, także  fakt zainteresowania działalnością szefa polskiej partii przez austriackie (niemieckie?) służby,   prawdopodobnie pozostanie niewyjaśniony.  Prokurator zrobił to, co potrafił, zrobił to,  co mógł.

Rolą dziennikarzy nie jest wyręczanie prokuratury, więc nie zamierzam tego robić. Chcę jedynie  opisać pewną historię, która dotyczy zmarłego wicepremiera a która wpisuje się w szerszy kontekst działań służb specjalnych w Polsce. Niestety, opowieść wymaga kilku dłuższych zdań wstępu.

  Kilka lat temu, zajmując się tzw. mafią paliwową  posiadłem dosyć rozległa wiedzę na temat mechanizmów nią kierujących. Upraszczając opowieść, mechanizmy te sprowadzały się w zasadzie do kontroli tej organizacji przez polskie służby specjalne i kilku  wysokiej rangi polityków. Najwięksi, tak zwani baronowie paliwowi wykonywali rozkazy płynące z delegatur jednej  ze służb a od strony organizacyjnej i prawnej mieli krycie urzędniczo - polityczne. Interes kręcił się latami a zyski szły w miliardy. Co prawda kilku baronów poszło na chwilę do więzienia, ale większość z nich jest już na wolności. Kiedy śledziłem tę przestępczą organizację dotarłem do punktu, w którym  tak naprawdę najistotniejszą kwestią stała się odpowiedź na pytanie: Kto i jak kontroluje dostawy surowca do Polski?  Okazało się, że system wyglądał ( wciąż tak jest ?) następująco:  Mimo, że formalnie ropę do kraju dostarczało kilka firm, to w rzeczywistości była to jedna grupa ludzi , która rozdawała „frukty”  - dopuszczała do biznesu, w zależności od konieczności i bieżącego układu politycznego( personalnego). Pomimo tego, że formalnie firmy były odrębnymi bytami gospodarczymi, to rachunek w banku miały ten sam (konkretnie subkonto - taka sytuacja miała miejsce w przypadku dwóch największych firm dostarczających ropę). Krótko mówiąc, całość dostaw kontrolowali ludzie związani z służbami cywilnymi. Wątek ukraiński sprawy wciąż jest bardzo ciekawy.
 Układ był zabetonowany, wydawało się,  na lata. Jednak kilku cwaniaków powiązanych z konkurencyjną służbą próbowało rozmontować system. Baronowie paliwowi z krajowego podwórka i ich profesjonalnie wyszkolenie mocodawcy mieli zdecydowanie większe ambicje. Również oni chcieli zarabiać na dostawach, bo dostawy ropy, to gigantyczny interes a pieniądze z niego można pożytkować przecież w rozmaity sposób, także -  a może przede wszystkim w polityce. Co prawda zyski z lewego handlu paliwami były pokaźne, prace nad powołaniem i sfinansowaniem nowej partii politycznej zostały zainicjowane a do szkolenia przyszłych polityków wynajęty największy krajowy ekspert od tych spraw, to jednak wszystko to  nie zaspokajało apetytów. Tymczasem ropa  do Polski płynie ze Wschodu i aby się do niej dobrać trzeba znaleźć się  w kręgu zaufanych gospodarzy Kremla.
Tak wiec, kiedy kilka lat temu Władimir Putin  po raz pierwszy odwiedził Polskę, zawitał także do Poznania. Po części oficjalnej  przyszła pora na nieformalną. Na jednym z  zamkniętym dla prasy spotkań  W. Putin podjął kilku wybranych polskich biznesmenów. Wśród nich był jeden z największych baronów paliwowych  w kraju, niejaki G., którego kilka lat później  prokuratora oskarżyła  o przestępstwa paliwowe na setki milionów złotych.  Tak czy owak, niedługo po tym spotkaniu „biznesmen G.” wsiadł do samolotu, poleciał do Moskwy i spotkał się generałem  o przyjemnie brzmiącym pseudonimie „Mały Kreml”. „Mały Kreml”, był przepustką, bramką  do wielkiego energetycznego biznesu. Dzięki jego wsparciu, bądź rekomendacji można było wejść do kręgu zaufanych w intratnym biznesie. „Biznesmen G.” najwyraźniej pomyślnie przeszedł sprawdzenie i  „Mały Kreml”  namaścił go na importera. Teraz można było zacząć rozkręcać złoty interes.
Wszystko szło świetnie, aż do momentu, w którym  z rozmachem realizowane plany popsuł pewien ambitny i  wyjątkowo niesforny prokurator. Zrobił to z pomocą  swojego równie niesfornego przyjaciela z tej samej krakowskiej prokuratury apelacyjnej. Jak gdyby  nigdy nic, prokurator  zamknął „biznesmena G.” i jego dwóch wspólników  do więzienia ( zanim to się stało, „biznesmen G.” został ostrzeżony przed aresztowaniem i uciekła do Hiszpanii. Ostatecznie jednak, po kilku miesiącach  wylądował za kratkami).
Zapanował konsternacja a później szaleńcza furia, która miał zniszczyć prokuratora i kierowany przez niego zespół  (mniej więcej w tym czasie e powstała  sejmowa komisja śledcza ds. Orlenu przed którą zeznawał wspólnik „biznesmenaG” J.B.). Kilka  prowokacji, seria  prasowych enuncjacji oraz  PR - owych posunięć  i w zasadzie udało się . Prokurator stracił możliwość realnego działania. W całej akcji przeciwko prokuratorowi (i jego współpracownikom) brało udział kilka znanych dziś osób z kręgu polityki. Ostatecznie, w sensie prawnym „biznesmenowi G” i jego dwóm wspólnikom niewiele zrobiono, jednak dzięki działalności prokuratorów  G.  stracił zaufanie  i z wielkiej gry  wypadł  na dobre.  

Wracamy do wątku A. Leppera. Zastanawiało mnie dlaczego właśnie w Poznaniu doszło do spotkania W. Putina z kwiatem (J)polskiego biznesu? Może to dziwne pytanie, jednak jakoś wciąż mnie nurtowało.
Kolejny skrót. Otóż po wielu działaniach, o których nie chcę w tym miejscu pisać udało się ustalić, że właśnie w Poznaniu działała jedna z ciekawszych siatek  ludzi pracujących dla Rosjan. Wśród nich był pewien  analityk rosyjskiego pochodzenia, oficjalnie prowadzący firmę zajmującą się jakimś tam consultingiem. Analityk ten  sformułował niebezpieczną dla nas a niezwykle interesującą dla Rosjan technikę i taktykę  przejmowania polskiego sektora energetycznego i petrochemicznego. W wielkim skrócie polegała ona na „ustawianiu” w naszym kraju firm -  słupów, które przy wsparciu rosyjskich „ partnerów” wchodziłyby w system dostaw surowców do naszego kraju. Cześć z tych dostaw miała być  realizowana w systemie kredytowym. Tak powstałe długi ( świadomie i przy udziale ludzi kierującymi np. rafineriami) zamieniano by następnie na udziały w zadłużonych spółkach. System oczywiście był bardziej wyrafinowany niż go tu opisuję, jednak idea, w zasadzie była właśnie  taka.    W systemie  ważną rolę miała odgrywać firma  „biznesmena G.” i jego wspólników.
 Prawnikiem   wspólnika   „biznesmena G.” , był pewien katowicki adwokat.  Tak się składa, że  swego czasu adwokat ten był także jednym  z najważniejszych ludzi w „Samoobronie” i prawą ręką A. Leppera. Jego pomysł, to między innymi  słynne Centrum Informacji Aferalnej. Według dobrze poinformowanych źródeł  A. Lepper szykował go nawet na ministra sprawiedliwości. Mimo, że adwokat nie był posłem i członkiem komisji ds. specsłużb,  miła przepustkę, dzięki  której,  bez przeszkód wchodził  na posiedzenia komisji. Oficjalnie, jako doradca. Kiedyś zapytałem go o ten fakt. Z rozbrajającą szczerością odpowiedział, mi, że przewodniczący może wszystko załatwić. Kariera adwokata została gwałtownie przerwana. W  ramach wielkiego paliwowego śledztwa , które zapoczątkował krakowski prokurator także i adwokat trafił za kratki. Kiedy siedział w areszcie spotkałem się z jego żoną. Umówiłem się z nią na  spotkanie na jednej z katowickich stacji benzynowych. Chciałem dowiedzieć się czegoś więcej. Kobieta nie miała bladego pojęcia o co chodzi w sprawie jej męża. Wspominała coś o podejrzanych wizytach męża i A. Leppera w Kaliningradzie , ale nie potrafiła powiedzieć nic konkretnego. Sprawiała wrażenie zdezorientowanej i przerażonej. Przekazała mi jednak list od  męża, w którym pisał, że jest niewinny a  cała sprawa to zemsta i element gry .  Nic konkretnego.

Cofnijmy się jednak w czasie.

Kilka lat temu nasze służby zwerbowały do współpracy właściciela podpoznańskiego ośrodka wypoczynkowego. Tak się składa, że pensjonat ten był ulubionym miejscem spotkań kilku Rosjan. Rosjanin ci z kolei byli bardzo interesujący dla polskich służb. Właściciel ośrodka  stał się więc nieocenionym współpracownikiem. Pewnego razu właściciel pensjonatu  poinformował oficera  prowadzącego, że ośrodek zaczął odwiedzać A. Lepper.  Obserwacja przyniosła nieoczekiwane efekty. Okazało się, że w ustronnym ośrodku A. Lepper spotykał się rosyjskimi dyplomatami. Według meldunków, podczas jednego ze spotkań  dyplomata  przekazał Lepperowi pieniądze. Podobne spotkania i darowizny miały miejsce jeszcze kilka razy.  Potem z Lepperem spotykali się juz Białorusini (to chyba tak praktyka?).Meldunki w  sprawie spotkań naszego polityka z przedstawicielami rosyjskich i białoruskich służb  trafiły oczywiście do centrali. Na polecenie osoby nadzorującej tego typu sprawy wszystkie meldunki, w zalakowanej kopercie zamiast do analizy i realizacji  trafiły do archiwum. Kariera szefa Samoobrony mogła dalej rozwijać się bez przeszkód. A potem to już wiemy jak się wszystko potoczyło. Klewki, koalicja, nagrania Beggerowej,  raport z likwidacji itp.  Zachodzi więc pytanie, dlaczego nikt  nic nie zrobił z  wiedzą o niedozwolonych kontaktach przyszłego wicepremiera polskiego rządu?  Czy wiedza ta była komuś na rękę, stała się elementem nacisków i szantażu wobec Leppera? Jeśli tak, to mam nadzieję, że w słusznej sprawie. W polskiej sprawie.  Śledząc jednak poczynania Leppera jako polityka nie mam stu procentowej pewności.   Czy Firma "biznesmana G." miała być wehikułem, który dostarczał niezbednych finansów do budowy  odpowiedniej pozycji i znaczenia partii Samoobrona a także jej lidera? Kto zadecydował o tym aby, de facto ukryć raporty o podejrzanych spotkaniach i nielegalnym finansowaniu? Mam w tym temcie intuicję  i jeśli mnie nie zawodzi to , osoba ta przewija się także w inneym  temacie. To słynna sprawa „Profesora”, o której pisał kiedyś w swojej książce były agent rosyjskiej SWR. To sprawa rosyjskiego agenta w szeregach polskiej służby. Widzę także inne powiązania tej osoby. Tym razem,  z pewnym nieudolnym, ale popularnym obecnie polskim  pisarzem, który jeszcze zanim został pisarzem, był  istotną  personą   w kontaktach   z towarzyszami z Petersburga i  Moskwy.