wtorek, 8 stycznia 2013

Służba nie drużba, czyli koniec Bonda.


Kilka tygodni temu napisałem o konieczności głębokich zmian w polskich służbach. Nie byłem i nie jestem w tym temacie wyjątkowy. Jednak formułując, ten zgoła ogólny postulat oparłem go o konkretne przykłady dźwigające tezę. I nagle  stało się.
Premier odstawił Bonda na boczny tor.  Tak zwana opinia publiczna dostała  lakoniczny komunikat  o rejtanowskim geście generała, który nie godząc  się na  minimalizowanie  ABW odszedł. Opinia kupiła, nie kupiła , nie ważne. Wersja jest jedna i tej rząd  się trzyma. Gdzie niegdzie słychać cichutkie głosy, że „rezygnacja” Bonda, to element akcji skręcania  afer, których Bond nie chciał zamieść pod dywan.  Docierają do mnie informacje o aferach w sektorze energetycznym, wielomilionowych defraudacjach, wyprowadzenia pieniędzy, podejrzane kontrakty a w tle chrapka na prywatyzację sektora (choćby częściową)  według konkretnego scenariusza. Czy to było przyczyną odsunięcia szefa ABW? Nie  sądzę. Najczęściej, jako przyczynę odstawienia Bonda wskazuje się  aferę z Amber Gold. Ponoć to ta kropla  przelała czarę goryczy premiera.

Czy aby na pewno? Tu także mam wątpliwości. 

Czy generał Bondaryk, doświadczony i zaprawiony w różnych grach oficer mógł popełnić taki szkolny błąd? Mógł przeoczyć działalność AG, nie mieć swoich ludzi w środku tego  milionowego biznesu?  Czy zapomniał  poinformować  szefa na czas o tym, że to przedsięwzięcie może być zwykłą piramidą finansową ? Czy myślał ( działał na zamówienie?), że afera AG przewróci premiera i rząd? Jeśli tak, to pewnie w głębi duszy musi uważać się, za polskiego Hoovera. Coś mi tu jednak nie pasuje, coś się nie składa w tym wątku. Myślę sobie, a w zasadzie to mam pewność, że  działalność AG od początku do końca nie stanowiła zagadki dla ABW. Nigdy nie było problemu z analizą, z informacjami, a co więcej, z wiarygodnymi źródłami informacji umiejscowionymi w samym środku tego biznesu. Nie było także problemu z raportowaniem. Pisałem   o tym już wcześniej. Stąd konkluzja, że  to nie ABW rozgrywała główną partię w tej grze. To nie ludzie Bonda ustawili  pionki na  szachownicy i to nie jego ludzie nimi grali. Wiele wskazuje na to, że  wystąpili w roli nieświadomych statystów.
Czy Bond połapał się zbyt późno, że koledzy  rozegrali go perfekcyjnie?  Koledzy z  instytucji, która w nazwie również ma słowo agencja. Tak więc ludzie tej Agencji postanowili upiec kilka  pieczeni na ogniu AG –  biznesy prywatyzacyjne, zalegające w magazynach złoto i takie tam inne. Kiedy skończyli, AG szlag trafił. Ale nie od razu. Interes od początku obliczony był na  szybki, ale konkretny  strzał. Kiedy ten cel został zrealizowany, ustawiono kolejną grę. Teraz grano o konkretne efekty polityczne i przy okazji o absolutną dominację na podwórku służb. Tak na marginesie, dziwne to wszystko, bo kto jak kto, ale Bond powinien wiedzieć, że w obrocie złotem nie ma żartówJ.

 Stare amerykańskie przysłowie mówi, że  albo siedzisz przy stole , albo jesteś w menu. Bond sądził,  że siedzi przy suto zastawionym stole, tymczasem wjechał na niego jako danie główne. Główne, lecz nie jedyne. Teraz kolej na inne służby. Słyszymy już o zmianach w elitarnym CBŚ.  Reset? Jak napisałem w pierwszych zdaniach, bardzo potrzebny.

Mam jednak wątpliwości  czy kierunek zmian jest odpowiedni? Widzę to tak. Jedna opcja zwyciężyła. Ludzie z nią związani okazali się  bardziej przemyślni a ich kombinacja bardziej złożona i skuteczna. Grali też o inną stawkę.  O jaką, napiszę innym razem. Jeśli  premier podjął decyzję o zmianach, to powinny one  przebiegać we wszystkich kierunkach, a nie tylko w tym wskazanym przez ludzi z wymienionej  Agencji? (Takie postawienie tezy i wskazanie  podmiotu nakazuje logika). Czy aby na pewno w  łonie tej Agencji wszystko gra? Czy można ufać ludziom, którzy zatajali niezwykle ważne informacje w najważniejszym dla nas śledztwie?

 Co stało się z pracownikiem (oficerem pod przykryciem dyplomaty w Moskwie) tej Agencji , który dzień po katastrofie TU 154 został dotkliwie pobity w Smoleńsku przez nieznanych sprawców. Opinia publiczna nic o tym nie wie. Nie wie także,  że skradziono mu  dokumenty  i aparat fotograficzny na którego karcie zapisanych było kilkaset zdjęć rządowego samolotu, zrobionych tuż po katastrofie? Ten incydent dotyczył przecież dyplomaty, a jednak nikt nic o tym nie wie. Co robi dziś ten człowiek i jakie rozkazy otrzymał od przełożonych po tym zajściu? Ostatecznie dokumenty (po niesamowitym śledztwie) odnalazły się. Komendant smoleńskiej policji (sic!) znalazł je w przydrożnym rowie. Aparat ze zdjęciami przepadł.

 Jeśli te i inne informacje o których pisałem  w oficjalnym rozumieniu nie ujrzały światła dziennego, to rodzi się proste pytanie: Dlaczego? Oczywiście szefostwo Agencji wykonuje rozkazy, podlega zwierzchnictwu. Reglamentowanie informacji może mieć więc trojaki charakter: jest samowolą,   szefowie agencji wykonują rozkazy zwierzchników i trzeci, który na wstępie wykluczam, są debilami. W pierwszym przypadku, w warunkach państwa prawa mamy  do czynienia ze skandalem. Drugi, w mojej opinii jest poważniejszy. Skandalowi towarzyszyć bowiem  może strach. Ktoś, kto z jakichś powodów wydał taki rozkaz, w tej samej chwili stał się  zakładnikiem przyjmującego polecenie. Czy strach jest fundamentem tego pozornego zaufania które otrzymuje ostatni Agencja?  Jest też inna możliwość. Wojna na górze. Wojna totalna i na wyniszczenie w której Agencja jest nieocenionym sojusznikiem. Nie tylko na polskm odcinku. Pożyjemy, popiszemy.