poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Komisja do spraw komisji likwidacyjnej WSI

Komisja do spraw komisji. 

Brzmi śmiesznie, ale sprawa robi się jeszcze bardziej zabawna, kiedy weźmiemy pod uwagę, że niektórzy politycy postulujący powołanie sejmowej komisji do spraw likwidacji WSI  robią to niemal osiem lat po likwidacji tych służb.

Kilka słów wstępu,  potem konkluzja.

W mojej opinii WSI ze swoim rodowodem i  kadrami były najpotężniejszymi służbami działającymi w Polsce do 2005 roku. Wbrew wielu osądom  trzonu kadry WSI nie stanowili pijacy i złodzieje. Dużą jej cześć  tworzyli sprawni,  dobrze  wyszkoleni żołnierze WSW i II Zarządu Sztabu Generalnego WP, pracujący pod skrzydłami swoich szkolonych w Moskwie  zwierzchników. Abstrahując od wektora działań tej służby, w większości byli to profesjonaliści.

Generał Kiszczak, który sam przecież wywodził się ze środowiska komunistycznych wojskowych h służb dobrze rozumiał znaczenie jakości kadr tworzących spec służby. W latach osiemdziesiątych, kiedy Kiszczak z Jaruzelskim skupili w swoim ręku praktycznie pełnię władzy w Polsce wojskowe służby specjalne stały się gwarantem trwania ich  systemu. Większa część działalności tych służb skierowana była do wewnątrz. Wojsko  po wprowadzeniu stanu wojennego  spełniał   szczególną rolę w systemie politycznym. Większość ważnych instytucji i urzędów państwowych obsadzano współpracownikami WSW, bądź wprost żołnierzami. Stopniowo sieć tajnych współpracowników zaczęła  pokrywać kraj. Od tego momentu rozpoczęło się także nasycanie wojskową agenturą mediów.

Wydaje się, że Kiszczak, mimo, iż  je kontrolował, nie darzył przesadną sympatią cywilnych służb. Zdaje się, że także niespecjalnie je cenił. Ufał swoim  i  nimi się otaczał.

W lata dziewięćdziesiąte wojskowe służby specjalne  weszły bez specjalnych turbulencji. Wielka była w tym zasługa generała Kiszczaka. Żołnierzy tych służb ominęły różnego rodzaju weryfikacje czy i inne komisje przed którymi spowiadaliby się ze swoich działań przeciwko opozycji, czy wobec Kościoła. To dało im poczucie bezkarności i pewności. Tymczasem do kraju zawitał kapitalizm. Polacy  mogli już legalnie bogacić się. Jednak prawdziwe pieniądze zarabiali przede wszystkim ludzie do tego przygotowani, czyli ci, którzy w jakim sensie projektowali  zmiany ustrojowe i gospodarcze ( mały FOZZ, duży FOZZ itp.). Wśród tych , którzy wiedzieli, gdzie są konfitury  byli także  ludzie wojskowych służb specjalnych. Teraz już nie tylko zajmowali się opozycją, ale również ( może przede wszystkim) interesowali się biznesem. Pieniądze to władza. Dostęp do informacji, kontakty, sieć zależności pracowały na korzyść środowiska. Do tego ochrona (działająca w dwie strony) ze strony rządzących  tworzyła odpowiedni klimat do robienia interesów  W ten sposób powstało wiele fortun a wielu szanowanych dziś biznesmenów urosło w siłę . To przy ich pomocą duża część majątku narodowego trafiła w prywatne ręce.

Ci którzy nie czuli się dobrze w biznesie,  albo którym wyznaczono inne role robili kariery w polityce, bądź w mediach. Mnie szczególnie interesuje to ostatnie środowisko.

Komisja

Nie będę określał szans na powstanie takiej komisji. Ci którzy chcą jej powołania  prawdopodobnie sądzą , że  coś ugrają.  Emocjonalne i raczej amatorskie wystąpienie posła Górskiego  z TR wiele mówi o motywacjach tej grupy. Może się jednak okazać, że zamiast wygrać pomysłodawcy komisji stracą.  Polityczny zysk jest  więc wątpliwy a straty dla Polskie  będą  oczywiste  i wymierne.

Jeśli jednak komisja powstanie mam nadzieję, że na tym gruncie dojdzie także do dyskusji i wyświetlenia kulisów   działalności wojskowych służb specjalnych  w mediach. I nie chodzi tu o informacje, które opisywał raport o likwidacji  WSI, bo ten w zasadzie niczego nie wyjaśnił i skierował myślenie na boczne tory.  Myślę  tu o rzeczywistych  i teraźniejszych działaniach współpracowników i oficerów tych służb w mediach. Mam nadzieję, że opinia publiczna dowie się  przynajmniej  o kilku istotnych osobach , które dziś kreują politykę informacyjną w mediach a które są ściśle związane są  z WSI .

Oficerowie, o których myślę   po 2005  roku,  w trybie pilnym uciekali ze służby (kilku  z nich oprócz pracy w mediach na kierowniczych stanowiskach  pobiera także   resortową emeryturę ). Dokumenty na temat ich pracy ukrywano głęboko w różnych archiwach. Wszystko po to, aby nie trafiły w ręce członków komisji likwidacyjnej i weryfikacyjnej WSI. W kilu wypadkach udało się. Jednak dokumenty wciąż istnieją i dają właściwy ogląd sytuacji na temat zależności i medialnych rozgrywek ostatnich lat. Myślę sobie, że oficerowie ci, kiedy otrzymają odpowiednie pytania  mogą wiele wyjaśnić w kwestii  kulisów tworzenia polityki informacyjnej. Narady, spotkania , ustalanie wersji, wykładni. Bezcenne!

Czekam z niecierpliwością na głosowanie nad powołaniem komisji.:).



środa, 23 lipca 2014

katastrofa malezyjskiego boeinga 777 - modus operandi


Kilka miesięcy temu na tym blogu opisałem sekwencje zdarzeń jaka według mojej wiedzy miała miejsce  tuż po katastrofie polskiego, rządowego samolotu w Smoleńsku. Sekwencja dotyczyła identyfikacji (a w zasadzie jej braku) ciał ofiar, które w katastrofie zginęły.

W skrócie chodziło o to, że według informacji, które zdobyłem  nasze służby i prawdopodobnie także najwyższe władze wiedziały o zamianie ciał. Wiedziały i nie zareagowały. Poniżej link do tekstu.

http://przemekwojciechowski.blogspot.com/2012/11/agencja-wywiadu-wiedziaa-o-zamianie-cia.html

Wiele na to wskazuje, że przynajmniej w kilku wypadkach Rosjanie zamiany dokonali  w sposób świadomy. Jak pisałem, wiedza o tym fakcie w  zaszyfrowanym dokumencie trafiła do Warszawy jeszcze tego samego dnia. Nie chcę w tym miejscu wracać do tych faktów w kontekście rozliczania naszych urzędników i polityków,  ponownie pytać, dlaczego tak się stało i kto na to pozwolił?  Piszę ten tekst zupełnie z innego powodu. Zanim wyjaśnię, musze zrobić  bardzo proste, wręcz elementarne założenie.

Otóż zakładam, że zamieszanie z ciałami zostało wywołane celowo, że żadnej pomyłki nie było, a cała operacja była zaplanowana. Inne zresztą także także.

Dlaczego tak myślę?

Otóż śledząc doniesienia newsowe na temat zestrzelenia nad Ukrainą malezyjskiego samolotu pasażerskiego uświadamiam sobie smutną, ale dość prostą rzecz.  Ta tragedia stała się elementem wielowymiarowej wojny, w której na pewnym etapie,  oprócz  czołgów i karabinów wykorzystuje się obrazy i doniesienia o niezwykle ciężkim kalibrze emocjonalnym. To wojna psychologiczna, obliczona na konkretne efekty. Aby je osiągnąć planiści wydarzeń na pewnym etapie „operacji” musza   przejść do odpowiedniego moderowania przekazu. Maksymalnie zaciemnić obraz  przyczyny tragedii i wszystkiego co rozgrywa się po niej. Trzeba także    zrzucić na kogoś  winę za tragedię, jednak  w taki sposób, aby pewne wątpliwości   pozostały.  Wszystko po to, aby osiągnąć zakładane cele.

Tak więc  sukcesywnie i  precyzyjnie dozuje się opinii publicznej informacje i obrazy obfitujące w mrożące krew w żyłach treści, takie jak choćby informacje o porozrywanych i gnijących ciałach, te o ograbianiu zwłok (zdjęcia we wszystkich dziennikach i Internecie -  terrorysta unoszący w górę rękę, w której trzyma misia należącego do jednego z nieżyjących dzieci), pociągu na bocznicy  wypełnionym rozkładającymi się ciałami, w tym ciałami dzieci (media huczą a  obrazy pociągu śmierci robią piorunujące wrażenie). Dalej: Terroryści kradną zwłoki i prawdopodobnie ciała staną się jakąś  kartą przetargową. Kompletny odlot!

Te wstrząsające doniesienia podlewane  są różnymi teoriami, głównie  tymi zupełnie nieprawdopodobnymi ( zestrzelony samolot to ten zaginiony kilka miesięcy temu  a ciała, które znaleziono na miejscu  były już  rozłożone, albo:  Ukraińcy zestrzelili samolot, bo sądzili , że leci nim W. Putin). Do tego wszystkiego oficjalne stanowiska separatystów, rosyjskich polityków i konferencje prasowe analityków okraszone wykresami i animacjami.   Ta mozaika doniesień,  informacji o niezwykle ciężkim kalibrze, zwykłych kłamstw i skomplikowanych manipulacji składa się na makabryczny obraz wydarzeń, a my - odbiorcy prawdopodobnie nie jesteśmy w stanie  wyselekcjonować   z tego wszystkiego prawdy i wyrobić sobie właściwej oceny.  Dominują  szok, niedowierzanie  a na końcu  strach.

Wiele wskazuje na to, że przekaz (reżyserowane  wydarzenia)   w tej sprawie  jest tak skonstruowany, aby wywołać  określone reakcje a na ich fundamencie zbudować określone postawy, skutkujące w przyszłości określonymi decyzjami i działaniami. To wielka i skomplikowana operacja, element wojny propagandowej. I trzeba tu dodać, że według moderatorów przekazu  wszystkie  te działania nie są obliczone na natychmiastowy efekt.   

Po takiej tragedii już nic nie będzie takie same.

Zwolennicy teorii mówiącej, że za tragedią stoją Ukraińcy  radykalnie wzmocnią swoje prorosyjskie postawy (choć  poza Rosja jest ich niewielu). Ci, którzy uważają, że za zbrodnią stoi  Rosja i jej „zielone ludziki” na Ukrainie, także zdecydowanie utwierdzą się w swoich poglądach. Większość ludzi jednak nie opisuje się politycznie po żadnej ze stron, jest zwyczajnie w szoku, niedowierza, nie mieści się im głowach to, co do nich dociera.  Krok po kroku  budują w sobie postawę  opartą  na niezwykle silnych emocjach.  Wydaje się,  że z całej palety emocji  dominuje strach. Nikt nie pozostaje obojętny wobec tak podanych informacji.

Czy Rosja na tym straci? Na pewno wizerunkowo, ale nie o to idzie gra. W szerszym wymiarze gra nie toczy się  o to jak zachodnie społeczeństwa  będą postrzegały Rosję i jej przywódców, ale o to jak Rosja będzie wyglądała za kilka lat ? Jak będzie je realna pozycja, siła oddziaływania w relacjach wielostronnych? Przekaz którego doświadczamy od momentu zestrzelenia samolotu  w moim przekonaniu niesie ze sobą  mniej więcej takie przesłanie: Rosja i jej władza są silne, mają możliwości i potrafią je wykorzystać. Nie cofniemy się przed niczym. Ale to nie my zestrzeliliśmy samolot. Kłamiemy? Być może, ale tego nie wiecie na pewno. Poza tym wy także nie macie czystego sumienia. Być może jesteśmy cyniczni, ale to dla tego, że nie cofniemy się przed realizacją naszych celów. Nie wolno wam o tym zapomnieć! A jeśli nawet, to my wam o tym przypomnimy.  Także niektórzy politycy nad Wisłą stają się ważnym elementem tego przekazu, ale o tym nie chcę mi się nawet pisać.

Dziś Rosjanie odżegnują się od udziału w zamachu. Winę zrzucają na Ukraińców.  Mało jest oficjalnych informacji, dominują nieoficjalne i przecieki z kręgu służb specjalnych. Stanowcza i rzeczowa  reakcja Zachodu spowodowała jednak , że W. Putin i jego zaplecze musza dobrze ważyć słowa i czyny.  Putin musi być ostrożny, aby  nie zapłacić najwyższej politycznej ceny za swoje działania. Wciąż ma jeszcze jeden odwód. W najgorszym wypadku kozłem ofiarnym zostaną  separatyści.

W tym miejscu wrócę do początku. Mam wrażenie graniczące z pewnością, że dokładnie w taki sam sposób  rozgrywano sprawę katastrofy polskiego, rządowego samolotu w Smoleńsku.  Czy my także (a za naszym pośrednictwem świat) nie byliśmy  raczeni podobnymi informacjami, podobnie skonstruowanym przekazem?

Kilka przykładów.

1. Przyczyna katastrofy  - błąd pilotów,  mgła, bądź zepsute lotniskowe radiolatarnie. Trzy kręgi przed odejściem, brak znajomości rosyjskiego przez pierwszego pilota, teoria pancernej brzozy. itp. Wszystkie możliwe teorie, wiele bzdurnych, brak jednak jakiejkolwiek winy Rosjan.

2.Zacieranie śladów -  zdjęcia Rosjanina, rozbijającego  szczątki polskiego samolotu, brak czarnych skrzynek w polskim śledztwie, brak wraku – jego stan. Ciągłe utrudnianie   śledztwa.

3. Rosyjscy żołnierze okradający ciała ofiar. Newsy o procesie żołdaków we  wszystkich  TV.  Nawet wypowiedzi skruszonych złodziei ! Makabra!

3.Następnie info: Seria pomyłek podczas  identyfikacji zwłok, seria ekshumacji i niezwykle gorące dyskusje w tym temacie. Makabryczne szczegóły i opisy sekcji zwłok. Wyjazd archeologów, którzy przeczesują teren katastrofy odnajdując kości ofiar. Kolejna makabreska! Wracamy do początkowego przekazu.

4. Niedorzeczna teorie o  pijanym generale Błasiku każący pilotom lądować we mgle. Następnie dementi i kolejna falka dyskusji. W Sejmie awantura polityczna o próbę rehabilitacji generała. Polecam mój tekst na blogu o tej „dętej” sprawie.

http://przemekwojciechowski.blogspot.com/2012/12/pijany-genera-basik.html

5.  Info na temat bomby w samolocie,    laserowego działa , którym zestrzelono samolot, także teoria o helu i sztucznej mgle – kosmiczne teorie, kompletny odlot!  Dezinformacja.

6.Dalej: Rosyjski bloger publikujący makabryczne zdjęcia porozrywanych ciał, ofiar katastrofy, samobójstwo Remigiusza Muisia ( powiesił siew piwnicy) – pilota Jaka, który wcześniej lądował na lotnisku w Smoleńsku.  Wracamy z silnym przekazem. Poniżej link to mojego tekstu.

http://przemekwojciechowski.blogspot.com/2012/10/gra-smolenskimi-zdjeciami.html

7. Śmierć generała Petelickiego przez wielu łączona z jego wiedzą o katastrofie.

Można wymieniać w nieskończoność. Tak czy owak , przekaz był niezwykle mocny, długotrwały i czytelny. Niczego nie możecie być pewni, jesteśmy silni i możemy wiele. Bójcie się.

Zadziałało? Zadziałało! Polscy politycy i urzędnicy – w większości bali się (boją się) wszystkiego co wiązało się z kwestią wyjaśnienia  katastrofy, oddali śledztwo Rosjanom, swoje prowadzą po omacku, boją  się  nawet stanowczo upomnieć o dowody. Piętnowano dziennikarzy, którzy zajmowali się sprawą katastrofy,  niszczono gazety piszące o  różnych hipotezach związanych z tragedią.  W kolejnej fazie bezpardonowo atakowano i odbierano powagę wszystkim, którzy mieli inne zdanie niż te, które prezentowała władza na temat przyczyn tragedii.  Wciąż mówiono  o zbliżeniu, pojednaniu, wspólnym przeżywaniu tragedii itp. Tragikomedia. Także społeczeństwo trwale podzieliło się w wokół tragedii. Wiele osób mówiło, że z rosyjskim niedźwiedziem nie warto zadzierać, że nie mamy szans, że trzeba żyć dalej itp.  Co politycy  mówią dziś? Słychać wyraźnie. Dlaczego teraz  mówią inaczej? Skąd taka zmiana? To zupełnie inna sprawa.

A jaka jest prawda o katastrofie TU 154? Każda z teorii, nawet ta prawdziwa,  na tak przygotowanym gruncie zostanie obśmiana i zakwestionowana. Być może właśnie o to chodziło? Jednak jedno jest  pewne. Wiele ważnych i zasłużonych dla kraju  osób straciło życie  pod Smoleńskiem a Polska z tego powodu nie jest silniejsza ani lepsza.
 Czy gdyby nasi  politycy w 2010 roku zachowali się  tak, jak dziś robi to, choćby premier Holandii, to Polska byłaby teraz  silniejsza? Nie mam wątpliwości, że tak. Także nasi politycy mieliby więcej do powiedzenia na unijnych salonach. Dziś mogą tylko biadolić i przestrzegać  przed złym satrapą Putinem, z którym jeszcze niedawno chcieli wspólnie przeżywać narodową tragedię.

Wydaje się, że sprawa Smoleńska jest dziś przegrana. Prawdopodobnie nigdy oficjalnie ( myślę  tu o jakimś  rządowym raporcie, czy wznowieniu prac specjalnej komisji) nie dowiemy się co w  rzeczywistości  stało się na lotnisku Siewiernyj.  Wiele spraw potoczyło się w niewłaściwych kierunkach, wiele wątków zostało zgubionych, wielu nie da się już pociągnąć. Dezinformacja także zrobiła swoje.

Mam wiedzę a na jej podstawie teorię na temat tego co stało się na lotnisku pod  Smoleńskiem. Wkrótce rozpoczynam pracę nad scenariuszem a później filmem dokumentalnym, tak więc w tym momencie nie będę  o tym pisał.  Nie chcę być złym prorokiem, ale wydaje mi się, że w przypadku tragedii malezyjskiego samolotu na Ukrainie czeka nas podobny serial do tego związanego z katastrofą TU 154. Chyba, że ktoś powstrzyma W.W.P?


wtorek, 1 lipca 2014

"Sowa i przyjaciele"

Bardzo wiele  słów padło już o słynnej kolacji u „Sowy i przyjaciół”, na której biesiadowali  minister, wiceminister  i bankier. Niektóre ze słów były  mądre, niektóre nie. Mam wrażenie, że tych niemądrych wypowiedziano  zdecydowanie za dużo. Teorie o putinowskich szpiclach grasujących po warszawskich zaklętych rewirach, nagrywających wszystkich i wszystko a następnie szeroko, z gestem publikujących w gazetach i Internecie, zdaje się, że między bajki można włożyć. To, że nagrywają, wiedzą i wiedzę wykorzystują to jasne. Tyle, że prawdopodobnie nie oni stoją za aferą.

To jednak rozważania na inny tekst. Co dziś? Dziś mała konstatacja. Taka słodko -  gorzka.

Otóż pytam: Po jakiego diabła  wydawać setki złotych na jakieś wątpliwej jakości frykasy i na za drogie wino, skoro  spotkanie można było zaaranżować w jednym z lokali  należących do którejś z polskich służb specjalnych. Oto  bowiem w restauracji u Sowy spotkali się: człowiek, który, jak sam przyznaje, budował nowe polskie służby, ze współpracownikiem PRL – wskiego wywiadu o pseudonimie „Belch” a frekwencję uzupełnił inny współpracownik cywilnej Jedynki o pseudonimie „Ritmo”, pozyskany do współpracy przez niejakiego Wrońskiego -  o ile się nie mylę? ( dodam tylko ,że  „Ritma” z cywilnego wywiadu przeniesiono do wojska). Tak więc wygląda na to, że  u „Sowy i przyjaciół” spotykali się prawdziwi„przyjaciele”. Co tam „przyjaciele”, niemal rodzina!

Powielając obiegową teorie o nierozerwalnym związku człowiek  ze służbą, takie spotkanie należało zorganizować w jednym z lokali konspiracyjnych należących do którejś z tajnych służb. Rozpuszczalna kawa, herbata, kilka minut rozmowy zakończonej ustaleniami i do domu. A  tu proszę, ekskluzywna restauracja, wykwintne potrawy, wersal Panie! Jeśli okazałoby się, że z jakiś powodów  lokali brakuje, to zawsze można było  umówić spotkanie w  Centrali. No, już  w najgorszym wypadku, w którymś z mieszkań kupionych za pieniądze amerykanów, które wyparowały z kasy jeden z naszych służb. Brak wyobraźni, nieostrożność i do tego straszna rozrzutność!


czwartek, 16 stycznia 2014

Infoafera, Mnisterstwo Zdrowia

Dawno tu nie zaglądałem. Brakowało czasu, nastroju,  itd.
Jednak dziś postanowiłem skrobnąć co nieco. Postanowiłem, bo podczas pochłaniania porannej porcji owsianki wysłuchałem pewnej interesującej rozmowy, która toczyła się  na antenie kanału Polsat News. Program prowadził  znany z nieprzeciętnej inteligencji i błyskotliwości dziennikarski  pistolet z odbezpieczonym kurkiem a jego rozmówcą był wiceminister zdrowia.  Na pewnym etapie tej rozmowy pistolet zapytał  ministra o pewien unijny raport  dotyczący korupcji w polskiej służbie zdrowia. Otóż według tego raportu, w ubiegłym roku  każda polska rodzina wydała średnio  trzysta złotych na łapówki dla lekarzy. Prosta arytmetyka sugeruje więc skalę problemu. Jaka była odpowiedź ministra na pytanie o raport i zawarte w nim dane? Ano  taka, że w Polsce nie ma problemu korupcji w państwowej  służbie zdrowia a twórcy raportu pomylili ją z prywatną a wiec płatną służbą zdrowia i stąd liczby, tysiące miliony itp. Krótko mówiąc wiceminister stwierdził , że łapówki o których grzmi raport,  to nie przestępstwo, ale zapłata za prywatną wizytę u medyka. I tylko brak zrozumienia tego faktu spowodował powstanie takiego dokumentu.
Myślicie, że żartuję? Zapewniam, że nie.

Co na to Kałasznikow polskiej żurnalistyki? Możecie zgadywać i  prawdopodobnie nie będzie to trudna zagadka.

Dalsza część rozmowy to już gadka -  szmatka na temat reform i rychłego końca kolejek  i  problemów w państwowej służbie zdrowia. Klasyka. Maestro polskiego dziennikarstwa nie zapytał już o nic więcej. W każdym razie o nic interesującego.

Tym czasem ktoś inny siedzący na miejscu dziennikarza mógłby zadać kilka pytań o głośną ostatnio infoaferę. Na przykład,  czy przypadkiem to,  co obserwowaliśmy ostatnio w tym temacie , to jedynie  wierzchołek góry lodowej? Czy  przypadkiem pies nie jest pogrzebany w Ministerstwie Zdrowia i powiązanych z nim instytucji?

 Coś mi  się wydaję , coś mi podpowiada,  że tak właśnie jest. Może warto o to zapytać przedstawicieli przynajmniej dwóch globalnych koncernów informatycznych ulokowanych w naszym kraju? Pewnie coś wiedząJ.  

Czy tak się stanie? Nie sądzę. Upublicznienie wątków infoafery związanych  MZ uderzy w niewłaściwe osoby. Szczególnie w jedną i nie jest nieobecny minister. Tak więc musimy jeszcze trochę poczekać, podobnie,  jak to miało miejsce  przypadku MSW, gdzie materiały procesowe w sprawie infoafery  przygotowane były już na początku  2012 roku. Musiały poleżeć w szufladzie , czekając na odpowiedni moment. Doczekały się.


środa, 13 listopada 2013

co w rzeczywistości wydarzyło się pod rosyjską ambasadą w warszawie?

SF
Nie wiem co  w rzeczywistości wydarzyło się 11 listopada pod ambasadą rosyjską w Warszawie. Nie wiem, czy podpalenie strażniczej budki było aktem głupoty, chuligańskim wybrykiem, czy, jak chcą niektórzy ustawką, bądź prowokacją? Jeśli to ostatnie, to prowokacją z czyjej strony?  Naszej? Rosyjskiej?  
 Pytania logiczne a możliwych odpowiedzi jest przynajmniej  kilka. Pojawiają się więc różne, w zależności od osób i  środowisk, które je wygłaszają. Tak czy owak trzeba być skończonym kretynem, aby podpalić ambasadę i to nie tylko rosyjską, ale jakąkolwiek.
Być może jest  inne wytłumaczenie tej sytuacji?
Kilka  dni przed wydarzeniami pod rosyjskim  przedstawicielstwem w Warszawie nasze służby wywiadowcze zdobyły wystarczające dowody -  że  tak to ujmę, - niewłaściwej działalności jednego z rosyjskich dyplomatów w Polsce. Dowody te posłużyły do sformułowania wniosku o nadania Rosjaninowi statusu persona non grata. Tak też się stało. 7 listopada nasze władze określiły go mianem osoby niepożądanej w kraju. Trezba prztynać, że termin akcji był dosyć nieszczęsliwy/
Cztery dni później zapłonęła budka strażnika a rosyjskie władze w zaskakująco ostrych słowach odniosły się do incydentu. Tony były tak wysokie, że zahaczyły o konwencję wiedeńską, odszkodowania i zadośćuczynienia. Na dywanik wezwano także naszego ambasadora w Moskwie. Brak jakiejkolwiek adekwatności reakcji rzucił się w oczy od razu. Dzień później zaatakowano naszą ambasadę w Moskwie.
Czy ktoś komuś pokrzyżował jakieś plany i ktoś się zdenerwował?

Zalecam więc ostrożnośc w opiniach  i wyrokach tym temacie. Na dzień dzisiejszy spalona budka to efekt a nie przyczyna. I tak powinno zostać.

 

wtorek, 5 listopada 2013

cudowna ucieczka polskiego fotoreportera z syrii


  SF       Wieść o ucieczce naszego fotoreportera wojennego, pracującego w Syrii dla francuskiej agencji prasowej i polskiego studia  M obiegła Polskę lotem błyskawicy. W lipcu tego roku Marcina Sudera porwali syryjscy Islamiści, którzy wdarli się do biura prasowego opozycji, splądrowali je  a Marcina Sudera uprowadzili. Oficjalnie nie podali jasnych powodów dlaczego to zrobili, nie ogłosili żadnych żądań w zamian za uwolnienie fotoreportera. Nieoficjalnie mówiło się o rabunkowym motywie. Polskie MSZ  oficjalnie nie wiedziało więc co stało się z naszym rodakiem. Zebrał się zespół, radzono co zrobić. Informowano, że  MSZ dokłada  wszelkich starań, aby dowiedzieć się  co właściwie wydarzyło się w Syrii i w czyich rękach znalazł się Marcin Suder. Opinia publiczna w kraju dostawała zapewnienia, że nasi urzędnicy i inni odpowiedzialni   zrobią wszystko, aby fotoreporter wrócił cały i zdrowy do kraju.
Tak też się stało. Wrócił. Dowiedzieliśmy się, że zwiódł czujność przetrzymujących go porywaczy i zdołał uciec. 
Jednak czy ta wersja wydarzeń jest prawdziwa? A gdybym podał inną?
        Założenie: Państwo nie może negocjować z przestępcami. Nie zależnie od tego kim się mienią i pod jakim sztandarem kroczą. To jasne. Często jednak stosuje się zabieg polegający na ustawieniu pośrednika. Dla dobra sprawy, czy zakładników, Oficjalnie przedstawiciele państwa nie kontaktują się z terrorystami, czy przestępcami, jednak rozmowy toczą się a efekty często  są zadowalające.
Marcin Suder zostaje porwany.
          W ogarniętej chaosem wojny domowej Syrii, oprócz  uznawanej przez świat  Syryjskiej Koalicji Narodowej,  skupiającej opozycje wobec rządów Baszara el - Asada, operuje wiele innych grup i organizacji.  Są wśród nich także radykalne islamskie ugrupowania, różnej maści bojownicy, najemnicy i niespokojne dusze z całego regionu. Przekaz z Syrii kalibrowany jest w taki sposób, że opinia publiczna dowiaduje się o złym Asadzie, dobrej opozycji i niebezpiecznych fundamentalistach, powiązanych z Al – Kaidą, którzy chcą państwa wyznaniowego w Syrii.
        Zaraz po uprowadzeniu Polaka nasze służby dostają informacje, że za porwaniem stoją islamscy fundamentaliści. Konkretni. Informacja pochodzi z kręgów SKN. Ludzie SKN twierdzą, że mają kontakty z porywaczami i podejmą sie negocjacji w sprawie uwolnienia Polaka. MSZ z braku innych możliwości i pod dużą presją publiczną przystaje na propozycję.   Po kilku dniach ludzie SKN informują, że porywacze wypuszczą fotoreportera, pod jednym wszakże warunkiem. Muszą wzbogacić się o kilka milionów dolarów. Trudno negocjować życie polskiego obywatela, MSZ zwleka, jednak ludzie SKN nalegają na szybkie podjęcie decyzji. MSZ wie, że samo nic nie zdziała, wie ,że w Syrii w zasadzie może niewiele, jeśli cokolwiek. Zapewnienia jedno, możliwości drugie. To samo dotyczy naszych służb specjalnych.  Jedynym ratunkiem jest SKN. I SKN dobrze o tym wie. W końcu zapada decyzja o zapłacie okupu za Marcina Sudera. Jednak wcześniej na prośby Polaków do gry, włącza się wywiad turecki. Oni w Syrii są obecni i  mogą zdecydowanie więcej.  Operacja jest przygotowywana kilka tygodni. Pieniądze ( 5mnl), przez Turcję ( tureckich agentów) docierają do Syrii, do ludzi z SKN. Ci, jak twierdzą w odpowiednim momencie przekażą je porywaczom. Czy tak się stało? Czy rzeczywiście za porwaniem fotoreportera stali islamiści? Do kogo trafiły pieniądze?  Ciekawe pytania.  Niezależnien od nich, szczęśliwie Suder jest wolny.
Niezależnie od nich Polskę obiega informacja, że Marcin Suder uciekł przetrzymującym go islamistom i przedostał się na terytorium Turcji a potem już do kraju. Media społecznościowe rozgrzały się do czerwoności. Wszak sukces. 

Wiwat SKN! Wiwat Turcja!
Klient płaci, klient ma.
Która wersja jest prawdziwa?

poniedziałek, 2 września 2013

śmierć naszego dyplomaty w Bejrucie - wypadek czy zabójstwo?


SF


Czy polski dyplomata pracujący w naszej ambasadzie w Bejrucie został zamordowany? Wiele na to wskazuje. 

Przypomnę, że  ciało Wojciecha Gawrysiuka znaleziono na jednej z bejruckich plaż. Sprawa jest  tajemnicza a okoliczności zaginięcia i śmierci polskiego dyplomaty prowokują do tworzenia różnorakich scenariuszy. 

Wiemy, że 20 kwietnia tego roku I Sekretarz polskiej ambasady w Bejrucie Wojciech  Gawrysiuk uczestniczył w przyjęciu, na którym towarzyszyła mu  pewna  Libanka  - Michlene Maalouf.  Jej ciało znaleziono wczesnym rankiem, następnego dnia na miejskiej plaży Ramlet al-Bayda, nieopodal samochodu na numerach rejestracyjnych polskiej ambasady w Bejrucie . Według policji, kobieta utonęła. Przez kolejne dni  libańska policja intensywnie szukała zaginionego Gawrysiuka. 

Świadkowie, którzy na przyjęciu, 20 kwietnia widzieli Wojciecha Gawrysiuka i towarzyszącą mu Libankę twierdzą , że  oboje byli w                                                                                                                                                                                                                                                                      doskonałym nastroju. Jedli pili, dobrze się bawili.  Nie wiem dokładnie  kim była Michlene Maalouf  i jaki charakter miała jej  znajomość z polskim dyplomatą? Nie  wiem także,  co  wydarzyło się feralnej nocy. 

Po kilku dniach poszukiwań ciało Gawrysiuka znaleziono kilka kilometrów od miejsca, gdzie stał samochód, którym prawdopodobnie się poruszał  i obok którego znaleziono martwą   Michlene Maalouf. 

Pierwsza hipoteza dotyczącą śmierci mężczyzny brzmiała  - utonięcie. Według niej  Wojciech  Gawrysiak  miał pływać w szczególnie niebezpiecznym miejscu, co skończyło się tragedią. Jest to o tyle dziwne, że  Wojciech Gawrysiuk był zdrowym, wysportowanym mężczyzną , który swego czasu przebiegł morderczy maraton zorganizowany przez libańskich komandosów. Zastanawia także miejsce znalezienia ciała Maalouf. Kolejne wątpliwości można mnożyć: Jeśli kobieta utonęła, to dlaczego jej ciało leżało obok samochodu a nie na brzegu? Czy ktoś przeniósł je w głąb plaży? Jeśli tak, to kto i po co? Przecież gdyby utonęła, jej ciało powinno lub mogło znajdować się na brzegu, wyrzucone przez morze.  Dlaczego ciało Gawrysiuka  znaleziono kilka kilometrów dalej? Czy w okolicach tłumnie odwiedzanej plaży występują aż tak silne prądy, które porwały ciało dyplomaty  kilka kilometrów wzdłuż  brzegu?  

 Mam informacje, że sekcja zwłok Wojciecha Gawrysiaku ujawniła  ślad po uderzeniu w  tył głowy. Nie wiadomo jednak, czy doszło do niego  przed śmiercią dyplomaty, czy już po niej, kiedy ciało mężczyzny  dryfowało w wodzie? 

Zastanawiający jest także inny fakt ustalony podczas sekcji.  

Według moich informacji, w żołądku  dyplomaty nie stwierdzono żadnej treści pokarmowej. To dziwne, ponieważ według świadków, kilka godzin przed rzekomym utonięciem Wojciech Gawrysiuk, w trakcie  przyjęcia  kosztował wielu potraw. Sekcja zwłok bez wątpienia powinna wykazać ich obecność w żołądku.  

W tym miejscu nasuwa się logiczne pytanie: Czy polski dyplomata został porwany?  Czy prze śmiercią był przetrzymywany, czy był zakładnikiem? Co działo się w tym czasie,  kiedy libańskie służby szukały zaginionego Polaka?  Czy porzucone ciało Libanki na uczęszczanej, miejskiej  plaży było czymś w rodzaju ostrzeżenia, informacji pochodzącej od porywaczy, mówiącej: Nie żartujemy? Jeśli tak, to kto był adresatem tej przestrogi? Polacy, a może ktoś jeszcze? Ktoś współpracujący z polskim dyplomatą? Jeśli teoria o zabójstwie jest prawdziwa, to kim byli mordercy Polaka i Libanki i dlaczego zginęli? I wreszcie ostatnie pytanie: Czy można było uratować Wojciech Gawrysiaka i jego towarzyszkę?   

Dla porządku należy także założyć, że przyczyna tej tragedii była mniej sensacyjna i  bardziej banalna, np.:  zazdrość. Czarujący dyplomata spotykał się z nieodpowiednią kobietą. Komuś puściły nerwy i doszło do tragedii. Świat słyszał przecież o takich przypadkach.
 
Nie wierzę w  wersję o utonięciu, wiec myślę, że śledztwo w tej sprawie powinno odpowiedzieć na wszystkie  pytania i  wątpliwości. Niezależnie od hipotez śledztwo w sprawie śmierci  I Sekretarza naszej ambasady w Bejrucie powinno zostać objęte priorytetem, w  przeciwnym razie stworzony zostanie niebezpieczny precedens, który w przyszłości może mieć tragiczne skutki. To truizm, ale nasi dyplomaci  realizując swoje zadania, niezależnie od miejsca,  muszą czuć  się bezpiecznie i w każdej sytuacji  czuć wsparcie  ze strony naszych  władz. Stare przysłowie mówi:  Na pochyłe drzewo kozy skaczą. Na inne nie potrafią , albo się boją.

 

 

środa, 31 lipca 2013

tajna siatka w polskiej dyplomacji


SF… 

Czy kilka lat temu w strukturach polskiej dyplomacji powstałą tajna grupa działająca poza kontrolą i wiedzą szefostwa MSZ – tu? Czy jej członkowie nadal funkcjonują w naszej dyplomacji?  

Pytania mogą budzić zdumienie, jednak bardziej zaskakująca jest historia, która chciałbym przedstawić, a  która być może daje odpowiedzi na tak sformułowane  kwestie. 

Wszystko zaczęło się  kilka lat temu, w okresie, w którym ważnym urzędnikiem w Ministerstwie Spraw Zagranicznych został pewien rzutki i ambitny działacz. Na potrzeby tego tekstu nazwijmy go Panem X.  

Otóż Pan X swoją karierę w polityce rozpoczął po tym, jak wyrzucono go z UOP - u. Po zakończeniu przygody z UOP - em Pan X powrócił na chwilę do zajęcia, które wykonywał przed podjęciem pracy w kontrwywiadzie. Charakter  pracy pozwalał mu bez skrępowania zadawać najróżniejsze pytania. Interesowały go kwestie międzynarodowe i polityka wschodnia. Miał kontakty, wiedzę , doświadczenie. Ciągnęło go też od polityki. Był aktywny i z czasem osiągał nawet pewne sukcesy organizacyjne. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych Pan X w polityce stał już obiema nogami. Złośliwi twierdzili nawet, że jego kariera przyspieszyła po tym , jak pokazał kilku ważnym politykom niezwykle ciekawe dokumenty z okresu swojej pracy w UOP. Wkupił się? Uwiarygodnił? A może jeszcze coś innego?

Tak czy inaczej, w pewnym momencie dostał ciekawą propozycję pracy. Przyjął ją i w jednym z europejskich krajów objął kierownicze stanowisko w instytucji luźno związanej z działalności dyplomatyczną. Nie była to ambasada czy konsulat, ale zdecydowanie zbliżył się do kręgów dyplomatycznych, o których zawsze marzył. Kiedy po kilku latach, bogatszy o doświadczenia wrócił do kraju, otrzymał propozycje pracy w MSZ . W ten sposób jego marzeni spełniły się, tym bardziej, że stanowisko, które miał objąć, postawiłoby go w szeregu ludzi realnie decydujących o polityce personalnej w ministerstwie. Pan X propozycje oczywiście przyjął. Były to czasy, w których głośno i często mówiono o konieczności wymiany naszych kadr dyplomatycznych. Oficjalna polityka MSZ - tu w tym zakresie była jasna: Starzy, związani z dawnym systemem i jego służbami powinni odejść a na ich miejsce powinni przyjść nowi. Teoretycznie. Jednym z tych , którzy mieli rekrutować nowych był właśnie Pan X. Pan X miał plan. Zarzucił sieci. Łowy były okazałe, bo perspektywa pracy w dyplomacji dla wielu była kusząca. Jednak, jak nie trudno się domyślić, większa część procesu wymiany kadr dyplomatycznych była swego rodzaju teatrem. W mętnej wodzie łatwiej ryby łowić. Starzy nie odeszli ukrywając się na różnych placówkach a dopływ świeżej krwi był stanowczo za mały. Tymczasem w ogólnym bałaganie reformy kadrowej Pan X skrupulatnie realizował zamysły. Postanowił stworzyć grupę starannie  wyselekcjonowanych osób, które później zamierzał wysłać na placówki dyplomatyczne. Przy budowie siatki Pan X kierował się prostą, lecz zaskakującą zasadą a komunikat płynący z jego ust adresowany do świeżo pozyskanych pracowników  brzmiał mniej więcej tak : Oficjalnie pracujesz w MSZ - cie, ale  pamięta, że to ja ciebie zatrudniam i wysyłam i to mnie o wszystkim  meldujesz. To ja ciebie „zadaniuje”, jedynie dla mnie pracujesz i przede mną odpowiadasz. Zasady i  charakter naszej współpracy będą i tajne. Takie są zasady. 

Siatka Pan X powoli rosła a  jej członkowie sukcesywnie obejmowali stanowiska w dyplomacji . I nie były to stanowiska na placówkach w peryferyjnych krajach, ale w miejscach ważnych z punktu widzenia naszych interesów i polityki.

W pewnym momencie  informacje o dziwnych zasadach rekrutacji i pracy przedostały się na zewnątrz. Nasze służby podjęły temat. Oficerowie sięgnęli po teczkę personalną Pana X, rozpoczęli obserwację i wdrożyli procedury kontrwywiadowcze. Sięgnęli także po dokumenty z okresu pracy Pana X w UOP. Kulisy jego odejścia z kontrwywiadu nie były do końca jasne. Sprawa zaczynała się komplikować a oficerowie nabierać wątpliwości. Podejrzenia, które rosły wraz z pozyskiwanymi informacjami można sprowadzić do jednego pytania: Co kombinuje i dla kogo w rzeczywistości  pracuje Pan X?                                                                     

Nasze służby zintensyfikowały działania. Sprawdzono strukturę ostatnich nominacji z rekomendacji  Pana X. Śledztwo objęło więc ludzi, których Pan X wysłał na placówki.  
Okazało się , że członkowie grupy Pana X, oprócz oficjalnych dyplomatycznych kanałów komunikacji i informacji mieli jeszcze jeden. Tajny i zarezerwowany tylko do kontaktów z Panem X. O sposobie i samym fakcie komunikacji nie informowali nikogo. Ani rezydentów naszego wywiadu na zagranicznych placówkach, ani, tym bardziej szefa MSZ – tu, czy innych przełożonych. To nie spotykana praktyka . Osoby z grupy Pana X posługiwały się specjalnymi hasłami, korzystali z doraźnie zakładanych adresów mailowych i stosowali wywiadowcze sposoby wywoływania spotkań . Grupa dyplomatów zachowywała się jak dobrze zorganizowana i zakonspirowana komórka wywiadowcza działająca w strukturach dyplomacji. W toku dalszych działań nasze służby zidentyfikowały sześć osób korzystających z tajnego sposobu komunikacji z Panem X. Dalsze śledztwo przyniosło kolejne fakty. Ustalono, że Pan X intensywnie zbiera informacje, które ze względu na charakter jego pracy nie powinny go interesować, ba, w zasadzie to nie powinny interesować polskich dyplomatów. Analiza którą przeprowadzili oficerowie wykazała także, że pola zainteresowań Pana X są w gruncie rzeczy polami na których z reguły nie działał polski wywiad. Co więcej, charakter i kierunki zadań, które zlecał swoim ludziom Pan X a także rodzaj i zakres tematów, które go interesowały były charakterystyczne dla rosyjskich służb wywiadowczych !
Oficer kontrwywiadu, z którym rozmawiałem o tej sprawie powiedział mi nawet coś takiego: 

- Gdybym był pracownikiem rosyjskich służb i miał biurko w Moskwie, to od swoich agentów żądał by właśnie takich informacji. 

Jeden z oficerów prowadzących śledztwo sporządził okazały raport w którym, zawarł wszystkie informacje i konkluzje ze śledztwa. Wydawało się, że naszym śledczym udało się namierzyć, jeśli nie siatkę wywiadowczą , to przynajmniej grupę ”prywaciarzy”, próbujących zrealizować jakieś własne interesy, wykorzystując do tego stanowiska dyplomatów.
Szczegółowy raport ze śledztwa trafił na biurko szefa służby i …. nic. Oficerowi prowadzącemu odebrano śledztwo, zakazano interesowania się tematem a cała sprawa trafiła do archiwum.

Nie udało się wiec odpowiedzieć na kluczowe pytania: Czy Pan X działał sam,  powodowany własną fantazją i  ambicjami, czy może realizował czyjeś polecenia w ramach większej operacji?
 
Pan X po kilku latach pracy zamienił stołek wysokiego urzędnika MSZ – tu na wygodny fotel dyplomaty. Później rozstał się z ministerstwem. Jednak kilkoro z jego ludzi nadal pracuje w dyplomacji. Inni realizują „ciekawe” projekty w biznesie. Biznesy te warte są opisania, ponieważ za ich pomoc prawdopodobnie planuje się osiągnąć cele usytuowane nie tylko w sferze biznesowej. W tym przypadku zysk jest celem drugorzędnym. Ale to imym razem

Akta spawy Pana X powinny spoczywać w archiwum. Czekają na lepsze czasy. On sam prawdopodobnie także liczy na rychły powrót. Ciekawe czym tym razem przekona polityków?

 

wtorek, 25 czerwca 2013

Zamachy bombowe w Polsce - hipoteza pod rozwagę.

Zrobiło się gorąco, groźba zamachów bombowych zwisła nad Polską. Jednak tym razem to nie  sprawka  krakowskiego bombera  - Brunera.

Patrząc na mapę Polski  i na miejsca, gdzie teoretycznie  miały eksplodować ładunki, świta mi w głowie pewna myśl, pewna koncepcja, a mianowicie, czy  przypadkiem w tych miastach nie znajdują się siedziby prokuratur, w których prowadzi się niezwykle ważne  śledztwa dotyczące surowców strategicznych i autostrad?  Czy przypadkiem to nie tam  prowadzone są sprawy  gigantycznych nieprawidłowości w obrocie gazem (,kontrakty i prowizje, mafia), paliwami( śledztwa dotyczące mafii paliwowe ),  dostaw ropy do Polski( mafia, prowizje, zagraniczne konta) i czy przypadkiem w te miejsca nie trafiły  sprawy przekrętów przy budowie autostrad? Otóż własnie tak jest. Choćby Kraków, Katowice, czy Szczecin, a nawet Ostrołęka ( trudno mi sobie bowiem wyobrazic, aby potencjalni zamachowcy obrali  cele w Ostrołęce - z całym szanynkiem dla jej mieszkańców). Wszędzie tam toczą sie ważne śledztwa w tematach, o których wspomniałem. Czy jednak ma to rzeczywiscie związek z alarmami? Tego nie wiem.

Warto jednak przeanalizować, kto  w ostatnim czasie został zatrzymany w jednej z tych spraw ( często wątki w różnych śledztwach  łącząsię  a  sprawach występują te same osoby) i wobec kogo wnioskowano o areszt. Czy ktoś  przewijający się w jednym ze śledztw  próbował (zdołał) opuścić kraj? Czy bomby w szpitalach to jedynie zasłona dymna i sposób na długotrwałe  zaangazowanie wszystkich możliwych służb? Przeciez nikt nie traktował serio informacji o ładunkach, jednak musiano  wdrożyć procedury, powodując gigantyczne zamieszanie, które trwało kika ładnych godzin. 

Prowadzone śledztwa dotyczą  miliardowych przekrętów i ze strony przestępców ( często w białych kołnierzykach, z pierwszych stron gazet i kręgów bliskich polityce) nie ma tu już czasu, ani  miejsca na miękką grę. Cała ta sytuacja może więc być rozpatrywana  także jako wywieranie presji na określone osoby w państwie.  Bomby, szpitale,  media, no, no... Jeżeli jednak okaże sie, że za fałszywymi alarmami stoją jacyś zanarchizowani młodzieńcy, to i tak z ocena tych wydarzeń byłbym ostrożny. Warto się zastanowić i wziąć pod uwagę  w śledztwie także  hipotezę gróźb zamachów powiazanych z  niezwykle ważnymi dla kraju śledztwami, sprawdzając dogłębnie żródła inspiracji i powiązania "żartownisiów".

wtorek, 18 czerwca 2013

Kim są ONI? Ostatnie nominacje w naszych służbach

SF, dla higieny.

Rozmawiałem niedawno ze znajomym.  Poznaliśmy się kilka lat temu, kiedy realizowałem jeden ze swoich materiałów śledczych dla TVN. W tym czasie, szefostwo tej stacji prawdopodobnie wierzyło jeszcze, że dziennikarstwo śledcze ma sens, że jest możliwe. Od tego momentu minęło kilka lat. W kraju wiele się zmieniło, zmieniła się też rzeczywistość dziennikarska. Jednak wszystkie te transformacje nie zmieniły tego, że czasami spotykamy się z moim znajomym  i, najogólniej rzecz biorąc rozmawiamy o życiu. Nie wchodząc w szczegóły, mój znajomy związany jest z cywilnym kontrwywiadem. Dziś już poza służbą. Podczas ostatniego spotkania, w najoczywistszy sposób nasza rozmowa weszła na temat reform w polskich służbach specjalnych. Kiedy w rozmowie pojawił się wątek zmian na szczytach ABW a później  padły personalia, mój rozmówca zmarszczył czoło i skwitował to krótko: ”Dramat! Katastrofa! Krótka ławka! Oni nie maja już kim grać, kogo mianować”. Ta prosta konstatacja wgryzła się w moją pamięć. I nie dlatego, że jest jakaś odkrywczo szokująca, poszerzająca horyzonty, czy przestrzenie do dyskusji. Nie, ona jest zwyczajnie nieprawdziwa! Fałszywa z założenia a jej logiczny wektor skierowany w niewłaściwym kierunku!

Mimo, że mój znajomy jest ode mnie starszy i bardziej doświadczony, jego słowa wywołały we mnie sprzeciw. Otóż uważam, że, jak ich nazwał Oni zawsze będą mieli kogoś na podorędziu, zawsze będą mieli kogo mianować,  ktoś zgodzi się objąć stanowisko. A to dla tego, że wszystkie te nominacje nie mają większego sensu. Znaczą niewiele. 

Aby udowodnić to twierdzenie należy odpowiedzieć na pytanie: kim są Oni?

Czy Oni, to politycy na urzędach, rozdający nominacje, tworzący jakąś politykę personalną opartą o szerszy plan, czy strategię? Otóż uważam, że nie i właśnie w tym miejscu tkwi centrum mojego sprzeciwu wobec twierdzenia mojego znajomego. Według niego Oni, to właśnie ci konkretni politycy i urzędnicy. Według mnie Oni, to zupełnie kto inny a tak zwani główni aktorzy sceny politycznej, to przeważnie  właśnie ci z krótkiej ławki, ci wypełniający proste rozumienie słowa „dramat i katastrofa”.   
 
No więc kim są ci Oni?

Aby spróbować odpowiedzieć na to pytanie posłużę się konkretnym przykładem.  

Oto mejl. Jego treść, ilekroć ją czytam, jest dla mnie szokująca. Szokuje mnie zdemoralizowanie autora, jawiąca się w treści skala działania i możliwości ludzi, których właśnie określam słowem Oni. I mimo, że w mejlu być może pojawia sie kwestia rosyjskiej prowokacji, i tak nie tłumaczy to niczego.
 
 
 Wiem czego i kogo dotyczyła sprawa poruszana w mailu. To  znane osoby w naszym kraju.
W większości wiem także kim są ludzie piastujący funkcje na poziomach wskazywanych w tej korespondencji. Znam kulisy ich powołania, wiem jak byli nagradzani za swoja pracę.  Wiem, także jak płacili za niesubordynacje i sprzeciw, wówczas, gdy do głosu dochodziły strzępy sumienia. Myślę, że co bardziej dociekliwi są w stanie sami złożyc tę układankę.  

Tak więc lektura tego i innych, podobnych dokumentów była dla mnie asumptem do sformowania twierdzenia, ostatecznie mam nadzieję, że  zbyt mocnego,  nazbyt radykalnego, ale z pewnością w dużej części opartego na prawdzie a mianowicie, że to Oni w większości wskazują  politykom ich role a nie odwrotnie. To Oni kreują polityczno - społeczną rzeczywistość a politycy i wysocy urzędnicy są jedynie narzędziami do realizacji zakładanych celów. Tak więc Oni a nie politycy dzierżą realną władzę.

Czy w tym kontekście należy zgodzić się z twierdzeniem mojego znajomego, na temat krótkiej ławki? Uważam, że długość ławki nie ma najmniejszego znaczenia. Jeśli moje twierdzenie jest prawdziwe, to nie ma także znaczenia to, kto na niej usiądzie. Kluczowe decyzje zapadają bowiem w innym miejscu. Tam decyduje się o winie i niewinności, tam ustala się polityczne kariery i awanse, projektuje biznesy i dzieli zyski. Tam zapadają decyzję o śledztwach, dowodach i wyrokach. No dajmy na to przykład pierwszy z brzegu: Wzięła, ale jest niewinna -  złapał ją, ale złamał prawo, więc to on jest winny.  

A co będzie jutro? Goniący stanie się gonionym? Oskarżony skazującym? Myślę, że Oni już to wiedzą. To jakiś chory układ zamknięty, jakieś błędne ( obłędne) koło. Dramat, także to słowo przychodzi mi na myśl. Cóż, póki co, taka nasza rzeczywistość.

 

czwartek, 23 maja 2013

Amber Gold - interesujący wątek śledztwa

Afera  Amber Gold rozrasta się w nieoczekiwanych kierunkach. Proces ten przebiega według scenariusza, który zaskakuje wielu  obserwatorów.

Otóż warszawska prokuratura prowadzi niezwykle ciekawe postępowanie, które być może nie łączy się z głównym wątkiem przekrętu, ale w istocie  dotyka kwestii bardziej  interesującej. Sprawa dotyczy zatajenia przez szefostwo jednej z redakcji tworzącej  program na antenę znanej telewizji komercyjnej istotnych  informacji w sprawie AG.

Otóż informacje zawarte w śledztwie mówią, że jeszcze przed wybuchem afery do szefa redakcji zgłosiła się grupa poszkodowanych przez AG. Ludzie ci przekazali   istotne informacje i dokumenty na temat sprawy. Według mojej wiedzy materiały te były na tyle ciekawe, wiarygodne i szczegółowe, że stworzenie z nich  reportażu telewizyjnego  było w zasadzie formalnością.  Znając pragmatykę pracy w takich przypadkach, temat o takiej wadze musi zaakceptować szefostwo stacji. (Zresztą nie tylko trudne  tematy, ale w zasadzie  wszystkie uzyskują, bądź nie taką  akceptację. Kontrola w tym zakresie jest bardzo szczelna, ale  o tym kiedy indziej). Mechanizm zadziałał a  temat afery AG trafił na biurko  właściwej osoby w stacji.

Temat nie ujrzał światła dziennego. Osoby, które pojawiły się w siedzibie telewizji były bardzo zawiedzione. Doskonały temat, opisujący gigantyczną aferę, z  niezrozumiałych powodów ( mimo wcześniejszych zapewnień szefa redakcji o zainteresowaniu tematem) nie znajduje akceptacji? Trudno to zrozumieć. Dopiero kilka miesięcy później, kiedy afera wypłynęła, stacja podjęła temat, jednak bez fajerwerków, raczej newsowo, ograniczając się do relacjonowania faktów.

 Jeśli ktoś czyta tego  bloga, to wie, że jakiś czas temu opisywałem aferę AG. Przedstawiałem fakty, powiązania i mechanizmy, które prawdopodobnie nigdy nie znajdą się w aktach śledztwa a w mojej ocenie są genezą  afery. Genezą , ale także przyczyną, dla której dziś wielu osobom zależy na tym , aby sprawa nigdy nie  wyjaśnić (tak na marginesie uważam, że i tak opinia publiczna  nigdy nie pozna całej prawdy o tym przekręcie).

We wcześniejszych  tekstach napisałem, że w  „operacje AG” zaangażowani byli ludzie związani z  wywiadem. Dynamicznie rozwijająca się firma para – bankowa, obracająca złotem była idealnym narzędziem do przeprowadzenia wielu operacji, i  „ wyprania” dużych kwot. AG prawdopodobnie miał  stać się także  wehikułem, służącym do realizacji określonych celów prywatyzacyjnych. (Stara zasada towarzysząca  działaniom tego typu „ biznesmenów” mówi: kupić zawsze można, byleby nie za swoje pieniądze. Poza tym nie każdy może kupić. Patrz: prywatyzacja PZU).
Szef AG przez cały czas mógł liczyć na wsparcie i ochronę wysokich urzędników  właściwych szczebli i instytucji. Bez tego nie byłaby  możliwa realizacja całego przedsięwzięcia. Dopiero później na skutek tarć  w polityce sprawa się wylała.

Tyle tytułem przypomnienia.

 Dlaczego więc zacna telewizja  chowa do szuflady materiały na temat największej aferze ostatnich lat? Dlaczego nie staje w obronie dziesięciu  tysięcy oszukanych ludzi? Dlaczego nie upomina się o 600 milionów zdefraudowanych pieniędzy?

 Aby odpowiedzieć na to pytania należy wziąć pod uwagę to o czym pisałem, ale także  prześledzić pewne fakty z historii powstania tej stacji. Należy przejrzeć stare kasety i zdjęcia z bankietów i rautów, na których spotykali się ludzie związani ze stacją i  pomagający przy jej powstawaniu, należy sięgnąć do biografii niektórych osób tam zatrudnionych i nią kierujących. Kiedy to zrobimy, wiele rzeczy stanie się bardziej czytelnych i być może  przybliży odpowiedź na pytanie dlaczego materiał nie trafił do realizacji?

Mimo wszystko,  wielu osobom wciąż zależy na tym, aby kilka osób „beknęło”  za AG. I wcale nie są to jakieś szlachetne motywacje. Wiem, że to raczej porachunki. Sprawa znanej telewizji staje się w tym kontekście bardzo interesująca a dla kilku osób nią kierujących  niebezpieczna. Tym bardziej , że w samej stacji zaobserwować można ciekawe ruchy, które mają dać jej kierownictwu jasno  do zrozumienia, że zbytnia gadatliwość w tej sprawie nie opłaci się.  Prokuratura tym czasem przesłuchuje kolejnych świadków. Niezależnie od działań prokuratury mam wrażenie, że  sprawa nie skończy się szybko, bo gra toczy się na kilku boiskach.