poniedziałek, 3 grudnia 2012

brrrr, zima, Amber Cold



Legendarny działacz Solidarności, senator Jan Rulewski, na znak protestu zrezygnował z zasiadania w senackiej komisji rodziny i polityki społecznej. To sprzeciw przeciwko rządowej polityce w tej materii. Mniej więcej takiej treści informacja obiegła niedawno polskie media. Rulewski nie godził się z rolą marionetki i pożegnał towarzystwo. Jak powiedział, (mniej więcej tak) nie chciał firmować polityki rządu wobec ludzi najbiedniejszych i zostawionych samym sobie. 
Po przeczytaniu tej informacji  postanowiłem skrobnąć coś o nieco przyblakłej aferze A.G.  W skrócie afera  ta  to opowieść, w  której  młody, zdolny finansista Marcin P. i  wspierająca go żona  o podobnych talentach postanowili uszczęśliwić tysiące Polaków i pozwolić im zarobić krocie na inwestycjach w złoto.  Jak się wszystko skończyło, to wiemy. 

A teraz prześledźmy pewną historie.

Mniej więcej  w czasie, w którym na ulicach polskich miast pojawiły się  szyldy przedsięwzięcia  o  dźwięcznej nazwie  A.G, na biurka szefów kontrwywiadu lądują  pierwsze raporty na temat związany z działalnością (jak się  to dziś  mówi) parabanku.  Kto? Jak? Gdzie?

 Stop. Cofamy się w czasie.

Tuż po katastrofie smoleńskiej jeden z oficerów kontrwywiadu jest bardzo aktywny. Szuka , węszy,  trawią go wątpliwości. Pisze raporty, analizuje . Jego aktywność jednak nie przypada do gustu przełożonym.  W nagrodę zostaje, pod przykryciem przeniesiony do ministerstwa finansów i rozpoczyna pracę jako urzędnik. Cóż, nowe zadanie, nowe wyzwanie. Zajmuje się podatkami, akcyzą,  czy czymś podobnym. W zamyśle przełożonych ma pilnować czy w na powierzonym mu odcinku wszystko  gra. I pilnuje. Rozgląda się także po różnych innych kątach ministerstwa, dostrzegając  zastanawiające ruchy związane z  decyzjami i projektami, które torują działania parabankom. Szczególnie jednemu. Starym zwyczajem pisze raporty, analizy i wszystko wysyła do centrali.

 Stop. Wracamy.

Raporty trafiają do centrali  i… nic. Bez reakcji. Nikt nie grzmi, nie bije na alarm. Przynajmniej  nic o tym nie wiem.  Jedynym efektem jest odwołanie oficera z ministerialnego odcinka i przesunięcie do rezerwy kadrowej. Widać taki  los. Tymczasem szyldów i klientów przedsięwzięcia pod nazwą A.G  wciąż przybywa. Firma rozwija się a dobrze poinformowane trójmiejskie wiewiórki mówią , że inwestycje w złoto to nic innego jak jedynie  chwytliwy slogan reklamowy. Trochę złota w firmie jednak jest. Skąd pochodzi kruszec? Wiewiórki milczą na ten temat. Na pytanie , czy to możliwe, że trafił tu zza wschodniej granicy, płoszą się i uciekają na drzewa. Na pytanie , czy to możliwe, że złoto może pochodzić z dawnych operacji polskich służb, chowają się w dziuplach, mrużą oczka  i tylko długie wąsy im  wystają na zewnątrz.  Tak czy owak firma bogaci się  a w kręgu przyjaciół AG pojawiają się nazwiska zacnych ukraińskich obywateli, tylko przez złośliwych nazywanych oligarchami. Obywatele ci  z natury kochają interesy. Inwestują  w branżę lotniczych przewozów pasażerskich. Staja się nawet właścicielami  narodowego przewoźnika jednego europejskich państw.
Tymczasem przedsięwzięcie A.G ewoluuje także w stronę  taniego lotniczego operatora . Gigantyczne reklamy firmy pokrywają kamienice  polskich miast. Samoloty zaczynają kursować , firma zarabia i według różnych analiz zarabiać będzie.  W ciągu krótkiego czasu ma zagrozić potędze niebieskiego żurawia.
 
Wiewiórki w tym kontekście odmawiają rozmów na temat prywatyzacji LOT – u. Za skarby świata nie chcą   rozmawiać o kwestiach związanych z ruchami personalnymi  w radzie pracowniczej LOT -u ( rada może wnioskować w sprawach przekształceń) i  innych  denerwujących szczegółach.  No cóż. Poczekamy, zobaczymy.